O historii

WOJNA NIE SKOŃCZYŁA SIĘ 60 LAT TEMU

W PRL umniejszaliśmy znaczenie bitwy pod Monte Cassino, w III RP dystansujemy się wobec bitwy pod Lenino. To kto ma eksponować nasze zasługi wojenne? Władimir Putin? 

Poczuliśmy się urażeni, że podczas moskiewskich obchodów Dnia Zwycięstwa prezydent Putin nie wspomniał o Polsce. A to przecież nic nowego. Podczas alianckiej parady zwycięstwa 60 lat temu też o nas zapomniano - polski żołnierz nie uczestniczył w defiladzie. Zapytajcie kombatantów z armii gen. Andersa, jak to wówczas przeżyli i jak ten ból tkwi w nich do dziś. 

A co dziś jest afrontem? Putin o Polsce nie wspomniał - to źle. Gen. Jaruzelski dostał od Putina medal - też źle. To kto miał go dostać? Sikorski i Anders nie żyją, a i ramię w ramię z Armią Czerwoną nie walczyli. 

Nasz problem z obchodami rocznicy zakończenia II wojny światowej jest taki, że nigdy chłodno i z dystansem nie spojrzeliśmy, kim byliśmy na jej frontach. Pamiętamy nasze olbrzymie ofiary, ale trudniej nam udowodnić, że dzięki nim coś wygraliśmy. A tymczasem wygrywanie - to istota wojny, realny sens, przy którym tracą znaczenie wszystkie romantyczne gesty. 

Wygrani czy przegrani?

Na pomniku jednak chcemy być i obrażamy się na świat, że zapomniał o naszej roli - trochę tak, jakbyśmy tę wojnę wygrali. A jednocześnie cały czas rozgłaszamy, żeśmy po niej popadli w sowiecką niewolę - czyli jednak przegraliśmy. 

Lipinski3maly

To pierwszy paradoks w naszym myśleniu o tej wojnie. Kim właściwie jesteśmy? Wygranymi czy przegranymi? 

Niestety, zacząć trzeba od bardziej dramatycznego pytania: kim wolelibyśmy być - wygranymi czy przegranymi? To już pytanie o podstawy naszego widzenia historii. Czy przypadkiem nie odpowiada nam rola męczennika komunizmu, cierpiącego w imię wolności reszty Europy? 

W tej historycznej schizofrenii wygranego i przegranego, zwycięzcy i ofiary, przychodzi nam dziś szukać prawdy, cały czas w obawie, aby nie powiedzieć czegoś nazbyt odległego od naszych polskich mitów - bo zostaniemy zwymyślani od podłych komunistów, którzy fałszowali historię. 

Interesował nas stalinizm

Co właściwie wiemy o nas w tej wojnie? Po głowie kołacze się myśl, że byliśmy czwartą armią wśród aliantów, a biorąc pod uwagę proporcje między liczbą żołnierzy i liczebnością narodu, Polaków walczyło najwięcej. Walczyliśmy na wszystkich frontach tej wojny. Rzeczywiście musieliśmy mieć straszliwy niefart, że wszędzie o nas zapomniano. 

W III RP odsunęliśmy od siebie historię wojny, bo byliśmy zmęczeni wojennym kombatanctwem serwowanym bez przerwy w PRL. Potyczka oddzialiku Gwardii Ludowej urastała do epopei, o której kombatanci snuli usypiające opowieści przy okazji rocznicy wybuchu i zakończenia wojny, 22 lipca, 1 maja, wyzwolenia Warszawy, wyzwolenia Kołobrzegu, walk o Magnuszew, Wał Pomorski i tak dalej. 

Po 1989 r. przywracaliśmy pamięć o Armii Krajowej - ale też bez przesady. Legenda zawsze żyła wśród ludzi, wymagała tylko oficjalnego wpisania do podręczników historii, przybicia tablic i postawienia pomników. Pozwoliliśmy sobie na spór wokół Powstania Warszawskiego. Ale nie zastanawialiśmy się już, co właściwie dała nam ofiara żołnierzy poległych na Zachodzie. 

Najbardziej interesowało nas pierwsze powojenne dziesięciolecie - lata stalinizmu. O nich wiedzieliśmy najmniej, z tą przeszłością nie byliśmy zupełnie rozliczeni. Odżyła wśród nas ta epoka, przypominając się procesami sądowymi zbrodniarzy stalinowskich. Stalinizm w dużej mierze zagospodarował naszą potrzebę i możliwość myślenia o historii współczesnej. 

Licytacja bitew

Obserwowałem obchody ostatnich rocznic bitew pod Monte Cassino i Lenino. Mieszkańcy obu tych miejscowości mało się nami interesują. Owszem, pamiętają o nas władze lokalne, ale rocznice bitew to właściwie nasze polskie obchody na jakiejś chwilowo eksterytorialnej ziemi. 

My tymczasem licytujemy się - która bitwa miała większe znaczenie? Choć właściwie licytacja biegnie w drugą stronę - która znaczenie miała mniejsze. Stawiamy zarzuty dowódcom. W obu przypadkach zresztą oskarżenia są podobne, jedynie cel zmienia się w zależności od przekonań politycznych atakującego - obu tym bitwom zarzucamy, iż miały charakter głównie propagandowy, a nie militarny. Obie oskarżamy o nadmiernie przelaną krew żołnierzy. Jakby wojna polegała na czymś innym niż zabijanie. 

Spieramy się o sens tych bitew, co tylko odkrywa nieadekwatność naszych wyobrażeń o roli polskiego żołnierza w wojnie. A z naprawdę wielkimi i przełomowymi bitwami ostatniej wojny jest tak - ani my, ani nikt inny nie podważa znaczenia bitwy o Łuk Kurski czy lądowania w Normandii. 

Myślimy inaczej

W zeszłym roku prasę obiegła informacja: CNN pokaże film o Powstaniu Warszawskim. Właściwie dziwna informacja - niby co w tym zaskakującego, że jakaś telewizja na świecie pokaże program o powstaniu? Ale CNN przygotowała film o tym wydarzeniu po raz pierwszy w swojej historii. Mogliśmy też poczuć się zaskoczeni, czemu ten materiał wyemitowano przy okazji rocznicy lądowania w Normandii, a nie samego Powstania. Co ma jedno z drugim wspólnego, skoro oba wydarzenia dzieli kilka miesięcy? 

Łączy je po prostu II wojna światowa. Rocznica D-Day to dla amerykańskiego widza dobry moment, by mu pokazać inną, nieznaną stronę tej wojny. Oglądalność w sierpniu byłaby znacznie mniejsza. A lądowanie w Normandii jest dla Amerykanów - ale też ze względu na losy wojny - wydarzeniem pierwszoplanowym. 

Uderzmy się w pierś - co sami wiemy o lądowaniu aliantów we Francji, jaką rangę temu nadajemy? Ile miejsca zajmuje ono w naszych podręcznikach historii? Eksponując wydarzenia związane z naszą historią wojenną, zapominamy czasami o przełomowych momentach wojny. O walkach na terenie Związku Radzieckiego udało nam się w ogóle zapomnieć. Po latach peerelowskiej indoktrynacji odrzuciliśmy całą tę wiedzę. Do próżni historycznej trafił gigantyczny dramat Rosjan, Ukraińców, Białorusinów. Właściwie im się należało, mogli nie paktować z Hitlerem. 

Dramatycznie od zachodniego świata różni nas też sposób myślenia o Związku Radzieckim w roku 1945. My, Polacy, czuliśmy się wówczas ofiarami nowej niewoli. A dla Zachodu Stalin był bohaterem epoki. Supermanem, który pobił Hitlera. To Armia Czerwona przejęła na siebie główny ciężar wojny i w końcu dotarła do Berlina. 

Zdecydowanie negatywny stosunek Zachodu do ZSRR, jaki dziś wydaje się nam naturalny, to dopiero efekt zimnej wojny i żelaznej kurtyny. 

Wciąż się nie policzyliśmy

Polsce w tej wojnie przypadła głównie rola ofiary. Mimo olbrzymich strat nigdy nie byliśmy postrzegani jako istotna siła. Myśląc o przywódcach walczących stron, większość zainteresowanych historią wymieni Hitlera i Stalina, Churchilla, Roosevelta czy Mussoliniego. Ale kto na świecie słyszał o Sikorskim czy Mikołajczyku? 

Historia rozproszyła trud polskiego żołnierza na dwa fronty - wschodni i zachodni. Dziś mogłoby nam to dobrze służyć - wszędzie powinniśmy być zauważeni i zapamiętani. Ale nigdzie nie pozostawiliśmy na dłużej silnego śladu. Chętnie wspominane bohaterstwo polskich pilotów w bitwie o Anglię to zaledwie epizod wojny. Dramat naszego żołnierza polegał na tym, że wszędzie był "na doczepkę". Na Zachodzie walczył o wolność Francji i Wielkiej Brytanii. Tylko w marzeniach widział się znowu w ojczyźnie. Żołnierz polski idący ze Wschodu dotarł do Warszawy - ale przywlókł ze sobą radzieckich i polskich komunistów. Choć, prawdę mówiąc, ci komuniści pozwolili mu wrócić do Polski. 

Pod względem strat wydaje się, że zajmujemy czwarte miejsce - za ZSRR, Chinami i Niemcami. Według jednej ze statystyk zginęło 6 mln polskiej ludności cywilnej (w ZSRR blisko 7,7 mln cywilów). Ale już ofiara żołnierzy jest nieporównywalna - 13,6 mln żołnierzy Armii Czerwonej i 850 tys. polskich. 

To i tak ogromna danina krwi. Według tej samej statystyki zginęło 300 tys. żołnierzy amerykańskich i 320 tys. Brytyjskich. Tyle że można znaleźć też inne statystyki. Encyklopedia Britannica szacuje liczbę poległych żołnierzy polskich na 120 tys. 

Właściwie nawet nie wiadomo, ilu Polaków walczyło w czasie wojny. Rozbieżności biorą się z kilku powodów. Najczęściej wskazuje się przekłamania peerelowskiej propagandy eksponującej rolę polskiej armii w ZSRR i podziemia komunistycznego, a pomniejszającej armię na Zachodzie i Armię Krajową. Ale to nie wszystko. Nie bardzo wiadomo, jak Polaków liczyć. We wrześniu 1939 r. walczyło ponad milion żołnierzy. Część z nich pojawia się na froncie po raz drugi - na Wschodzie i na Zachodzie. Policzenie żołnierzy i ofiar podziemia, oddzielenie ich od cywilów wydaje się niemożliwe. 

To zresztą nie tylko problem Polaków. W przypadku każdego kraju rozbieżności są równie duże. Tak czy inaczej, za każdym razem statystyka stawia nas w rzędzie zaledwie kilku krajów, w których liczba wojskowych i cywilnych ofiar przekroczyła milion ludzi. Należałoby się więc zastanowić, jak to się stało, że tracąc więcej żołnierzy niż Wielka Brytania czy USA, tak nieznacznie wpłynęliśmy na los wojny. 

Tu dochodzimy do najważniejszej może sprawy obrazującej nasz rzeczywisty udział w wojnie. Bo choćby udało nam się udowodnić, że wystawiliśmy nie czwartą nawet, ale drugą co do wielkości armię, i tak pozostaje statystyka, której nigdy nie zrobiliśmy i nie bardzo mielibyśmy ochotę sporządzać. Statystyka strat, jakie zadaliśmy państwom Osi. 

Właściwie w tym momencie może tylko zapaść milczenie. Nikt chyba odpowiedzialnie nie odważy się powiedzieć, że ciosy, jakie zadaliśmy, miały istotny wpływ na losy wojny. 

Wojna polega na zabijaniu, a my jesteśmy lepsi w umieraniu. 

Jak pchać się na cokół?

Może być nam przykro, że świat nigdy nie widział naszej roli w wojnie tak wspaniale, jak my ją dziś widzimy. Ale czy należy samemu wpraszać się na podium zwycięzców albo cokół pomnika? 

Powiedzmy, że tak. Na razie jednak wypłakujemy nasze żale, że świat zapomniał o polskim czynie i ofiarach. Zapomnieliśmy tylko poinformować świat o naszych żalach i zasługach. 

Obchody rocznicy zakończenia największego dramatu XX wieku sprowadziliśmy do kłótni, czy prezydent Kwaśniewski powinien jechać do Moskwy. To, że podczas tej uroczystości mogą nas zlekceważyć, można było przewidzieć parę miesięcy temu. My jednak uwierzyliśmy w siłę moralną, która nie pozwoli, by prawda została zapomniana. Może jednak na wszelki wypadek, żeby tej prawdzie dopomóc w ujrzeniu światła dziennego, trzeba było wynająć jakichś specjalistów od public relations, którzy zwróciliby uwagę zachodnich dziennikarzy na kilku polskich kombatantów z ciekawymi życiorysami? 

Powstrzymajmy się przed łatwym oskarżaniem obecnego rządu o grzech zaniechania. Na speców od PR mogła się zrzucić również opozycja. Może lepiej było na to wydać kasę niż na telewizyjną reklamę, która miała przekonać Polaków, że prezydent niepotrzebnie pojechał do Moskwy? Może trzeba było wykupić kilka ogłoszeń w zachodniej prasie: "Wojna nie skończyła się 60 lat temu"? 

Dopiszmy historię Europy

Próbując przemyśleć na nowo nasz stosunek do wojny, musimy pamiętać - nawet jeśli nam ta pamięć będzie doskwierać - że główną siłą, która tę wojnę wygrała, był Związek Radziecki. W zestawieniu z nim nie tylko nasze dokonania, ale też zachodnich aliantów były zdecydowanie mniej istotne. Nawet Polski sami nie wyzwoliliśmy - liczba czerwonoarmistów była kilkakrotnie wyższa niż towarzyszących im żołnierzy z orzełkami na czapkach. 

Nikogo już raczej nie zainteresuje nasz udział w II wojnie światowej. Po prostu 60. rocznica zakończenia wojny zamyka prawdopodobnie cykl rocznic. Nie sądzę, by świat równie poważnie podszedł do rocznicy 70. - na trybunach trudno już będzie spotkać kombatantów. Historia, o której opowiadają tylko dokumenty, a nie żywi ludzie, gwałtownie się oddala. 

Może więc powinniśmy zadbać o wyrycie w pamięci Europejczyków tego, co dla nas stało się ważnym wspomnieniem historycznym, a o czym świat starał się zapomnieć? Unia Europejska poszerzyła się o kraje z traumatycznym doświadczeniem utraty niepodległości albo też przymusowego, wieloletniego pozostawania satelitą ZSRR. Nie da się tego porównać z dramatem okupacji niemieckiej, ale trzeba pamiętać, że ten stan trwał dużo dłużej niż sama wojna, a jego skutki są dziś nie mniej odczuwalne niż skutki wojny. 

Do niedawna nasze przeżycia dla przeciętnego obywatela zachodniej Europy były równie abstrakcyjne jak wojna w Czeczenii. Teraz powinniśmy ten dramat wpisać w autentycznie przeżywaną historię Europy. Pokazać, że zniewolenie to nie tylko okupacja pod cudzymi bagnetami. Przypominać, że w imię spokoju nie opłaca się polityka ciągłych ustępstw wobec tyrana, bo ktoś inny na tym cierpi - a jego cierpienia w jakimś stopniu wrócą rykoszetem do żyjącego w spokoju świata. 

Powinniśmy więc przypominać jałtański podział świata. Przypominać o kraju opuszczonym we wrześniu 1939 r. i później, w Jałcie. Przypominać, że o wolność walczyliśmy też po 9 maja 1945 r. 













© www.piotrlipinski.pl 2012