O reportażu

JAK ZOSTAĆ DZIWAKIEM

Reporter jest dziennikarskim dziwakiem. Kiedy dziennikarz rozmawia z przewodniczącym rady miasta, zapyta o budżet, docieka, o ile więcej teraz zarabiają radni, którzy do niedawna żyli ze skromnych, nauczycielskich pensji, z daleka wyczuje aferę na wysypisku śmieci. Reporter też pewnie o to wszystko zapyta, ale w jego tekście równie ważne będzie to, że przewodniczącemu z ust zalatywało czosnkiem.

Reporter jest więc dziennikarskim odszczepieńcem. Ja czuję się jeszcze dziwniejszym dziwakiem - mało, ze jestem reporterem, to na dokładkę - reporterem historycznym. Mówiąc najprościej - szalenie interesują mnie wszystkie newsy, pod warunkiem, że były nimi pół wieku temu. Niewiele mnie obchodzą perypetie aktualnie rządzącej koalicji, ale głęboko przeżywam IV plenum KC PZPR w 1950 r. Czy uwierzycie, że ówczesne władze partyjne zaatakowały człowieka, który donosił ambasadzie radzieckiej? Jak to się stało, że w samym środku stalinizmu polscy komuniści wyrzucili z partii radzieckiego agenta?

Pokochałem piękne kobiety i szybkie samochody

Poopowiadam więc o reportażu historycznym. Proszę jednak nie oczekiwać, że będę miał zbyt wiele do powiedzenia. Do powiedzenia to ma felietonista albo pisarz. Reporter, jak aktor, wygłasza głównie kwestie swoich bohaterów, a od siebie ma niewiele do dodania.

SK040312 148-maly

Nie wierzę, że pisania reportażu można się nauczyć przez czytanie albo studiowanie dziennikarstwa, bez praktyki. Pisanie więc recepty na reportaż traktuję trochę jak zabawę. Ale muszę przyznać, że zdarzało mi się gdzieś wyczytać zdanie, które było bardzo inspirujące. Dla mnie, reportera historycznego, szczególnie twórcze było zdanie z “Rzeźni numer pięć” Kurta Vonneguta: “Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę”.

Reporter żyje życiem swoich bohaterów - tak jak aktor zresztą. To wielka siła reportażu, ale też wielkie ryzyko reportera. Kiedy piszę o Adamie Humerze, Bolesławie Bierucie, największych zbrodniarzach, coraz mocniej utożsamiam się z nimi. Staram się jak najlepiej przedstawić ich racje. Ratunkiem jest oczywiście dystans wobec postaci, który trzeba sobie narzucić. Ale nigdy nie staram się być nadmiernie zdystansowany. Nudzą mnie kolejne teksty opisujące, jak potwornymi zbrodniarzami byli Humer i Bierut. Kiedy próbuję rozjaśniać ich czarne portrety, mam nadzieję, że zmuszam czytelnika do myślenia w trochę inny, mniej schematyczny sposób.

Na przykład Józef Cyrankiewicz, zwany “wiecznym premierem” – jak nie polubić faceta, który kochał piękne kobiety, szybkie samochody i dobre jedzenie? Nawet, jeśli jako konformista wysługiwał się komunistom. Ale same kobiety i samochody to zbyt powierzchowny opis Cyrankiewicza – trzeba zaintrygować czytelników czymś głębszym. Może rozważaniem, czy konformizm bywa pożyteczny? A może jest tak, że bohaterowie są potrzebni, aby czytać o nich w książkach, traktować ich jako wzór, a konformiści, żeby normalnie żyć? Jeden z moich rozmówców, profesor historii przyznał, że w historii bywają autentyczni bohaterowie. Tacy, jak Kazimierz Pużak, który, podobnie jak Cyrankiewicz, wywodził się z PPS, ale pozostał niezłomny – za swoją powojenną postawę zapłacił śmiercią w więzieniu. Ale – jak mówił historyk – dziś dla wielu chwalenie Pużaka, to przejęcie części odwagi, której im samym kiedyś zabrakło. Cyrankiewicza mało kto przedstawi jako bohatera do naśladowania. Chociaż w normalnym życiu większość ludzi zachowuje się jak Cyrankiewicz.

Kiedy Bierut marzył o świętym Graalu

Skąd wziąć dobre tematy? Bez przesady – wszystkich tajemnic warsztatu reportera nie zamierzam zdradzać. Coś chciałbym zachować tylko dla siebie.

To, co napisałem przed chwilą, to według mnie klasyczny sposób maskowania niewiedzy reportera. Ja w rzeczywistości nie wiem, skąd brać dobre tematy, gdzie ich szukać – najlepsze zwykle ktoś dla mnie wymyślał. Reporter pisząc swój tekst często ukrywa swoją niewiedzę – to, co wiedział, opisał, a to, czego nie wiedział (tak, jak ja nie wiem, skąd brać dobre tematy), sprytnie pominął. Reporter wie oczywiście więcej, ale skoro nie zawarł tego w tekście, są to zwykle informacje niezbyt ciekawe, mniej istotne. Dlatego często mam kłopoty, gdy ktoś po opublikowaniu tekstu dopytuje się o jakieś szczegóły – zwykle nie znam odpowiedzi. Kilka razy zeznawałem przed sądem i uważam, że moje zeznania nie wniosły niczego ponad to, co napisałem w swoim tekście.

Reporter historyczny, zbierając materiał, na równi traktuje ludzi i papiery.

Poszukiwanie dokumentów w archiwach to koszmar. Nigdy nie będę tak biegle poruszał się po archiwach, jak zawodowy historyk. I nigdy nie mam tyle czasu, co zawodowy historyk. A archiwa mają swoje procedury - najpierw podanie o udostępnienie materiałów. Kilka dni później podanie zatwierdza dyrektor archiwum. Wtedy trzeba wypisać rewersy na dokumenty i znowu poczekać przynajmniej jeden dzień. Porównując do pracy dziennikarskiej, archiwa pracują, jakby wydawały rocznik. Ja pracuję w dzienniku. Zrozumiałem jednak, że praca reportera to przynajmniej w jednej trzeciej czekanie, nie tylko w archiwach – na zgodę dyrektora, na to, że ktoś wróci z urlopu, że wreszcie odbierze telefon.

Ale praca z dokumentami bywa nie mniej fascynująca, niż rozmowy z ludźmi.. Kiedy zbierałem materiał do reportażu o Bolesławie Bierucie, sądziłem, że związane z nim dokumenty przejrzę w dwa, trzy dni. Przecież przede mną zaglądało do nich już wielu historyków.

Siedziałem w archiwum trzy miesiące. Reporter bowiem czyta, widzi, inaczej niż historyk. Czytałem te same teczki, które przeglądali wcześniej historycy i ze zdumieniem odkrywałem, że jest w nich mnóstwo informacji, których nikt nie wykorzystał. Jak można było pominąć, że Bierut w młodości marzył o zdobyciu świętego Graala? Albo że jako nastolatek uczestniczył w starosłowiańskiej wigilii, podczas której ucztowano wokół stołu przybranemu kłosami żyta, układającymi się w swastykę?

Błądzenie po archiwach niekiedy daje niesamowite rezultaty. Opisywałem kiedyś tzw. Piątą Komendę WiN. Między 1945 a 1948 r. działały cztery autentyczne komendy tej antykomunistycznej, zbrojnej organizacji. Ale Piąta Komenda była już tylko prowokacją Urzędu Bezpieczeństwa - wszystkie kierownicze funkcje sprawowali w niej agenci UB. Rozmawiałem z jednym z najważniejszych prowokatorów - Stefanem Sieńką, wcześniej żołnierzem Armii Krajowej. Napisałem dwa duże reportaże o Piątej Komendzie, ale wciąż czułem, że Sieńko nie mówi mi całej prawdy, że nie potrafię odkryć tego, co go najbardziej obciążą.

Kiedyś przeglądając w archiwum UOP dokumenty związane z WiN – a trwało to kilka dni, w czasie których nie znalazłem niczego ciekawego – nagle przeczytałem krótki, trzystronnicowy dokument. Prokurator Zarakowski pisał od MBP, że wiele osób, skazanych ostatnio na śmierć za działalność podziemną, w rzeczywistości nie zagrażało ustrojowi – po prostu, jak się właśnie okazało, ulegli prowokacji. A jednym z prowokatorów był Stefan Sieńko. Wreszcie miałem nazwiska ludzie, którzy przez Sieńkę stracili życie. Sieńko unikał konkretów, koncentrował się na ideologii, a ja wcześniej nie potrafiłem go sprowadzić na ziemię, bo brakowało mi nazwisk osób, których krew ma na rękach.

Ważna może się okazać prognoza pogody sprzed pół wieku. Opisywałem historię legendarnego Jana Rodowicza “Anody”. Funkcjonariusze MBP twierdzili, że w czasie przesłuchania podbiegł do otwartego okna i wyskoczył przez nie – tak miał zginąć.

Miał wyskoczyć w styczniu 1949 r. Czy w środku zimy okno mogło być otwarte? 

Sprawdziłem w archiwum Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, jaka była pogoda 7 I 1949 r. Temperatura minimalna wynosiła minus 1 stopień, maksymalna plus 1,6 stopnia. Nie zanotowano opadów, chmury były nisko, wiał słaby zachodni wiatr. Do późnych godzin popołudniowych unosiła się mgła.

Nie napisałem niczego więcej - odpowiedź, czy przy takiej temperaturze okno mogło być otwarte, pozostawiłem czytelnikowi.

Wasilewska seksi

Pisząc reportaż historyczny muszę niestety też przeczytać jak najwięcej artykułów, książek, które chociaż trochę są związane z moim tematem. W szkole serdecznie nie znosiłem historii, zresztą do tej pory nie lubię czytać książek historycznych. A na usprawiedliwienie nawet wypracowałem własną teorię - gdybym za dobrze orientował się w historii, zbierając materiał do reportażu nie czułbym się zafascynowany. Gdybym już wcześniej wiedział, że Michała Żymierskiego przed wojną skazano za malwersacje związane z dostawami masek gazowych, że został za to zdegradowany, trafił do więzienia, w którym poznał komunistów, co doprowadziło go do stanowiska marszałka w powojennej, komunistycznej Polsce – już nie widziałbym w tym nic niesamowitego, wartego opisywania.

Z tym czytaniem to jednak trochę przesada – reporter, nawet historyczny, ma zwykle za mało czasu, żeby dokładnie poznać literaturę. Większość książek tylko przeglądam i przeważnie to, co najciekawsze, znajduję w przypisach. Poza tym wierzę, że reporter ma szczególny dar czytania albo musi się nauczyć czytać w specjalny sposób. Pierwszy raz otwiera wspomnienia o generale Juliuszu Hibnerze i od razu książka otwiera mu się gdzieś w środku, na znakomitym do cytowania fragmencie, jak Wanda Wasilewska zamierzała ratować Hibnera przed posądzeniem o dezercję u samego Stalina, ale do wodza nie dotarła: 

“-Może i lepiej, bo jeśliby się Stalin zirytował...

- Nie ma obawy, on się na Wasilewską nie irytował...

- Bo była taka seksi?...

- Nie wiem, czy była seksi, była dość wysoka, a Stalin mały. Tacy panowie lubią wysokie kobiety”. 

W reportażu historycznym – pewnie też zresztą każdym innym – bardzo przydaje się krew, seks i alkohol. Jeden z moich tekstów, które szczególnie lubię, to historia gen. Świerczewskiego “Waltera”. Dotarłem do jego kochanki, która opowiedziała mi, że w dniu śmierci generał, który zwykle sporo pił, rano wychylił tylko dwadzieścia pięć gram wódki. W tekście są mniej i bardziej romantyczne wojny, kolejne kochanki, leje się wóda – czyli to wszystko, na co ma ochotę czytelnik, który przegląda gazetę w porannym autobusie do pracy.

Bałem się UB-eków

Reportaż historyczny zbudowany tylko z dokumentów, bez rozmów z ludźmi, byłby śmiertelnie nudny dla czytelników. Zresztą dla autora też. 

Nie mam pomysłu, jak rozmawiać z ludźmi, żeby ich otworzyć. Może po prostu wystarcza słuchanie, ale tak, aby ktoś miał poczucie, że mnie rzeczywiście obchodzi jego historia? Dlatego nie wierzę w wywiady przeprowadzane przez telefon – bez spojrzenia na siebie nie sposób nawiązać głębszego kontaktu.

Kilka razy rozmawiałem tylko telefonicznie z Janem Karskim, ponieważ nawet “Gazety Wyborczej” nie stać na wysłanie reportera do USA, żeby przeprowadził godzinny wywiad. Kiedy Jan Karski niedawno przyjechał do Polski odbierać honorowe obywatelstwo Łodzi, skorzystałem z okazji, żeby osobiście porozmawiać z nim o kolejnej postaci, która mnie zainteresowała – Stanisławie Mikołajczyku. Nie żałuję, że do Łodzi musiałem jechać dłużej, niż trwała sama rozmowa. To był pierwszy i niestety ostatni raz. Jan Karski miesiąc później zmarł.

Czasami żałuję, że nigdy nie poznałem – i już nie poznam – ludzi, którzy mnie fascynują. Tak jest z księdzem Józefem Tisznerem, z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. W reportażu – jak w całym zresztą dziennikarstwie – potwornie pociągające jest to, że można poznać każdego, kogo chciałoby się poznać i zadać mu każde pytanie, jakie ma się ochotę zadać.

Z pewnością pomaga spisanie przemyślanych wcześniej pytań – odpowiedź to w jakimś sensie negatyw pytania. Konstruując dobre pytanie, przewidując, jakie mogą na nie paść odpowiedzi, jak wówczas należy na nie zareagować, można niekiedy zaplanować dość dokładnie fragment tekstu.

Bywają pytania, które bardzo trudno zadać. Opisywałem życie i śmierć “Żubryda”, powojennego, antykomunistycznego partyzanta. Trafiłem na trop człowieka, który - być może za namową UB - zastrzelił go (nazwisko tego człowieka znalazłem w przypisie do jakiegoś artykułu historycznego). Kiedy już go odnalazłem, pomyślałem: jak zapytać obcego człowieka, czy zastrzelił kolegę? Po prostu: czy to pan go zabił? Takie pytanie jest dobre w filmie nakręconym w Hollywood. Ja siedziałem naprzeciwko człowieka, którego widziałem pierwszy raz w życiu. A ten, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu sam zaczął opowiadać, jak strzelił do Żubryda.

Do tej pory nie rozumiem, dlaczego mi to opowiedział. Po opublikowaniu tekstu prokuratura spisała przeciwko niemu akt oskarżenia – sprawa tkwi w sądzie.

Kiedyś bałem się niektórych postaci występujących w moich tekstach. Pisałem o funkcjonariuszach Urzędu Bezpieczeństwa – czytałem już wcześniej, jak bili swoje ofiary, sadzali na nodze odwróconego stołka. Czytając miałem wrażenie, że musi się w nich kryć jakiś demon, jakaś tajemnica.

Bałem się ich. Bałem się stawać przed ich drzwiami. Bałem się, choć wiedziałem, że to starzy ludzie. Wciąż jednak myślałem, że musi w nich drzemać coś strasznego, co tylko czeka na moment, aby się ujawnić.

Myliłem się jednak. Jedyne, o czym gotowi byli mówić, to o swoich zawałach, wylewach i wrzodach dwunastnicy.

Przestałem się ich bać. Wówczas pojawiła się rozterka moralna – czy starych, schorowanych ludzi wolno nękać pytaniami o ich młodość, przypominać zbrodnie sprzed pół wieku? Dziś może są już zupełnie innymi ludźmi, a rozmowa ze mną z pewnością nie wpłynie na nich kojąco.

Sam sobie wytłumaczyłem – a może tylko zracjonalizowałem- że wielu swoim ofiarom nie pozwolili dożyć wieku, w którym można uskarżać się na wylewy i zawały.

Zdarza się też wielkie rozczarowanie. Ludzie, którzy wydawali się bohaterami, walczyli w Powstaniu Warszawskim, dziś okazują się małostkowi, nienawistni, wikłający się między sobą w kompromitujące spory, a czasami wręcz podli. Czy stali się tacy dopiero teraz? Czy może byli już tacy w młodości? Szukanie odpowiedzi na te pytania to też próba innego spojrzenia na historię.

Siedem metrów reportażu

Kiedyś wreszcie trzeba usiąść przed komputerem i zacząć pisać.

Najbardziej lubię spisywanie taśm – robię to całkowicie bezmyślnie, niczego nie selekcjonuję, bo i tak nie wiem, co się może przydać.

Chwilę później przychodzi najgorszy moment – pierwszy dzień pisania reportażu. To koszmar, jestem wtedy zwykle przerażony, że pracowałem miesiąc, a nie mam zupełnie nic ciekawego.

Niektórzy reporterzy zanim jeszcze zaczną pisać, już wiedzą, co będzie w którym miejscu tekstu. Całą dramaturgię potrafią zaplanować w głowie.

Ja nigdy za bardzo nie wiem, gdzie co będzie. Na szczęście zwykle, kiedy zaczynam pisać, mam już początek i koniec. Te dwa elementy wymyślam przeważnie w czasie zbierania materiału. Najchętniej zresztą pisałbym tylko początki i zakończenia – czasami mam wrażenie, że całą resztę (zawierającą ważne informacje, tylko mniej atrakcyjne) muszę dopisać na żądanie redaktorów.

Skąd więc wiem, w którym miejscu co się znajdzie?

Bywa, że kiedy piszę dłuższy tekst i już przestaję nad nim panować, drukuję całość, tnę nożyczkami na krótkie, trzy, czteroakapitowe fragmenty opowiadające jakąś zamkniętą historię i rozkładam na podłodze. A potem przekładając te kawałki usiłuję złożyć całość. Muszę widzieć cały tekst – jak malarz swój obraz – żeby go ogarnąć. A jak rzeźbiarz odłupuję zbędne fragmenty, które wędrują do kosza.

Kiedyś w reporterskim newsroomie rozłożyłem jeden z moich najdłuższych tekstów, “Piątą Komendę” – miał pewnie z siedem metrów. Sądząc z miny mojej szefowej, Małgorzaty Szejnert, która zobaczyła mnie pochylonego nad ciągnącym się po podłodze reportażu, taką metodę porządkowania tekstu należy uznać za trochę dziwaczną.

Porządkowanie materiału, poprawianie, skracanie zdań to najprzyjemniejszy etap pisania. Już mam reportaż prawie gotowy, teraz mogę go ulepszać, dopracowywać, czyścić ze zbędnych liczb, dat, które się zawsze w nadmiarze przyplączą, ale wiem, że najbardziej żmudną część pracy mam za sobą.

Nie można bez przerwy pisać reportażu historycznego – popada się w znużenie, w manierę. Kiedy już mam dosyć, opisuję sprywatyzowaną fabrykę prezerwatyw. Albo Andrzeja Dudka, który uważał się za siódme wcielenie Albrechta Durera, choć nie wyglądał na swoje lata. Albo Internet w telefonach komórkowych – czy uwierzycie, że siedząc w lesie, z dala od radia, telewizji i komputera, można dzięki “komórce” minutę po zakończeniu meczu o mistrzostwo Europy sprawdzić, kto wygrał?

Emocje i rozum

A czy w ogóle warto pisać reportaż historyczny?

Zwykle piszę o dziejach polskiego komunizmu. Komunizm można odrzucić na dwa sposoby: emocjonalnie i rozumowo. Emocjonalnie można uznać, że całe polskie, powojenne zło wywodzi się z komunizmu, więc nie ma różnicy między Bierutem a Hibnerem. Ale można też wczuć się w świat komunistów, starać się go jak najlepiej zrozumieć, aby po prostu wiedzieć, gdzie rodziło się to zło, kto był czemu winny. Jak z uczciwych ludzi, czasami mimochodem, wyrastają zbrodniarze, którzy sami już przestają być świadomi swoich zbrodni. Zakochani w idei przestają odróżniać uczciwość od zbrodni, zaczynają wierzyć, że ludzi można uszczęśliwić nawet wbrew ich woli.

Te dwa sposoby odrzucenia, emocjonalny i rozumowy, doraźnie dają ten sam efekt – potępienie komunizmu jako zbrodniczego systemu. Ale jeśli myśli się o przyszłości, tylko zrozumienie komunizmu może mieć znaczenie. Komunizm w swojej dotychczasowej formie zapewne nigdy nie powróci. Ale starając się go zrozumieć, zagłębiając się w sposób myślenia komunistów można zauważać przejawy totalitaryzmu w innych systemach, które w przyszłości mogą okazać się równie groźne jak komunizm.

Czasami w reportażu nie zaszkodzi odrobina kontrolowanego patosu i zadęcia.

Piotr Lipiński


Opublikowane w miesięczniku “Press” wrzesień 2000 r.












© www.piotrlipinski.pl 2012