Cyberiada – lżejsza fotografia

Fotografia stała się lżejsza. Dosłownie.

Do tej pory było tak – małe, kompaktowe aparaty mieściły się niekiedy w kieszeni, ale robiły przeciętne zdjęcia. Za to wielkie „lustrzanki” wykonywały perfekcyjne fotografie, tyle, że wymagały ćwiczeń na siłowni, żeby nosić je ze sobą.

Czas było to zmienić, aby ludziom żyło się lepiej, a producentom – dostatniej.

Pojawiły się tak zwane „bezlusterkowce” – miały pogodzić dotychczasowe sprzeczności: robić świetne zdjęcia i być nieduże. Słusznie, przecież najlepiej być na raz pięknym, młodym i bogatym.

Rozmiar po raz kolejny okazał się ważny. Poza obiektywem, w aparacie najważniejsza jest matryca. Na niej – tak jak kiedyś na klatce filmu – rejestrowane jest zdjęcie. Im większa matryca, tym lepsze zdjęcia. Ale wcale nie chodzi tu o najczęściej podawany przez sprzedawców „rozmiar” matrycy w cyfrowych pikselach – 15-megowa matryca bywa bowiem gorsza od 10-megowej. Chodzi o wymiary jak najbardziej fizyczne. Matryca w „lustrzankach” zbliża się wielkością do dawnej klatki filmu małoobrazkowego (czyli 24 na 36 milimetrów). A ta w aparatach kompaktowych jest wielkości paznokcia u dłoni (ok. 4 na 5 milimetrów). Większy rozmiar – więcej przyjemności. Zdjęcia z „lustrzanek” wyglądają lepiej. Ale właściwie: dlaczego? Techniczne wyjaśnienie jest tak przerażająco nudne, że z przyjemnością je pominę.

Producenci  wymyślili coś bardzo prostego: do małego kompaktu wepchnęli dużą matrycę, prawie jak z „lustrzanki”. I umożliwili zmienianie obiektywów – to też odróżnia „bezlusterkowce” od kompaktów, które zawsze mają tylko jeden, przymocowany na stałe obiektyw, zwykle umiarkowanie dobry.

Żeby nowe aparaty pozostały jednak małe, trzeba było z nich wyrzucić trochę elementów. Między innymi charakterystyczne dla profesjonalnego sprzętu „lustro”, które pozwalało na oglądanie kadru przed zrobieniem zdjęcia. I stąd potoczna nazwa nowych aparatów: „bezlusterkowce”. Tutaj kadr podglądamy zawsze na „telewizorku”: najczęściej na ekraniku z tyłu apartu, rzadziej przez zamontowany u góry wyświetlacz cyfrowy. Sama nazwa „bezlusterkowce” brzmi też sympatyczniej, niż fachowe określenie nowych aparatów: „system mikro cztery trzecie”.

Mamy więc wreszcie aparaty, które są i lekkie, i robią piękne zdjęcia. Czy świat mógłby być lepszy? Tak. Gdyby „bezlusterkowce” kosztowały tak mało, jak „kompakty”, a nie rujnowały kieszeni jak „lustrzanki”.

Pierwodruk w „Pulsie Biznesu Weekend”

Dodaj komentarz