Amanda Hocking po polsku

Mój nowy ebook „Humer i inni” – historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…

W ostatni weekend napisałem w „Gazecie Wyborczej”, że pewnego dnia zapragnąłem zostać kobietą. A dokładniej – Amandą Hocking.

Akurat tak się złożyło, że w ten sam weekend duży tekst o Amandzie opublikował „The Guardian”, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w marzeniach.

O co w tym wszystkim chodzi? Jak zwykle – o kasę. Amanda Hocking na swoich książkach zarobiła przez rok ponad dwa miliony dolarów. Zdarza się. Ludzie na większych głupotach, niż pisanie książek, zarabiają fortuny. Ale mnie zaintrygował nowy sposób na zyskanie takiej kasy: „self-publishing”.

Amanda sama wydaje swoje książki. Ponad rok temu Amazon umożliwił autorom korzystanie z systemu Kindle Direct Publishing – pomijając wydawców. To pewien drobiazg, który może istotnie zmienić branżę książkową.

Zacznijmy od końca, czyli od finansów. W papierowym wydawnictwie autor dostaje 10-15 procent, w self-publishingu do 70 procent. Jakie korzyści ma z papierowego wydania? Książka ładnie stoi na półce. Wydawca dorzuca reklamę w tradycyjnych mediach, telewizji i papierowej prasie. To ostatnie prawdę mówiąc jest mało kuszące. Najlepsi na rynku, jak Stephen King czy Michael Crichton, oczywiście zyskają na reklamie w tradycyjnych mediach. Dla autorów z niższej półki nie ma to szczególnego znaczenia – zdecydowanie więcej zyskają na darmowym, choć czasochłonnym zwracaniu uwagi na swoją książkę w Internecie. Chociaż słowo „reklama” brzmi nieprecyzyjnie. Chodzi raczej o budowanie związku z czytelnikami. W tym biznesie nie ma już klientów – są tylko kumple, którym możesz zaoferować coś fajnego.

Z Amandą zaczęło się tak: chciała pojechać na wystawę poświęconą  Jimowi Hensonowi, twórcy Muppetów. Niestety jednak brakowało jej kasy, aby zapłacić za paliwo na ośmiogodzinny przejazd. Zwracam uwagę na ten fakt – „The Guardian” nie wspomniał o odległości, ale o czasie jazdy, bo paliwo w USA jest tak koszmarnie tanie, że tylko najbiedniejszych, takich jak Amanda, nie stać na całodniową jazdę.

W przypływie desperacji postanowiła sama sprzedawać na Amazonie swoje książki, które przez lata odrzucali wszyscy możliwi wydawcy. Chociaż pisała od dzieciństwa, jej twórczość nie przekonała zawodowców.

Zdobyła uznanie dopiero bezpośrednio u czytelników. Jej książki to fantasy z różnymi potworami, wampirami i podobnymi stworami. Czysta rozrywka. Zapewne długo poczekamy, zanim pierwszy self-publisher dostanie literacką nagrodę Nobla. Ale na pierwszy zarobiony milion dolarów przez „samowydawcę” czekaliśmy zaledwie kilka miesięcy.

Ile trzeba by sprzedać ebooków w Polsce, aby osiągnąć podobny wydawniczy sukces?Mój znakomity dziennikarski kolega, Mirosław Banasiak, wyliczył na Facebooku tak:

Amanda sprzedała na świecie 1,5 mln egzemplarzy, przy czym native speakerów na świecie jest ok. 350 milionów. Książki kupiło zatem około 0,4 procent populacji. Tyle statystycznej Amandy przypada na statystycznego native speakera – coś takiego jak średnie spożycie spirytusu na głowę Polaka. Zapewne jednak ci sami ludzie kupili kilka różnych książek Amandy. W każdym razie przyjmując, że językiem polskim włada około 40 milionów ludzi, polski autor musiałby sprzedać 150 tys. ebooków (wszystko to mniej więcej, żeby nie komplikować rachunków – i tak przecież teoretycznych. Ale ponieważ Amanda wydała kilkanaście tytułów, to podzielmy całkowitą liczbę powiedzmy przez 15  i wyjdzie nam, że jeden ebook powinien się sprzedać w nakładzie mniej więcej 10 tys. egzemplarzy. Pytanie: kiedy, czy za dwa, czy za trzy lata pojawią się takie nakłady w Polsce? Przy czym trzeba pamiętać, że taka sprzedaż świadczyłyby o podobnym sukcesie czytelniczym, ale niestety nie finansowym. Chociaż i tak autor zarobiły przyzwoite pieniądze. 5 złotych od każdego sprzedanego egzemplarza w przypadku ebooka to nic niezwykłego.

A jak się nie uda, to będziemy się mogli pocieszać krzepiącą myślą: przynajmniej nic na tym nie straciliśmy. Do dzieła! Nie czekaj na sąsiada – wydaj się sam!

Mój nowy ebook „Humer i inni” – historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…

3 myśli nt. „Amanda Hocking po polsku

  1. Bardzo zachęcające wyliczenia, jeśli wziąć pod uwagę ilość urządzeń do mobilnego e-czytania znajdujących się obecnie w rękach Polaków i, podobno, dynamiczne perspektywy lawinowego wzrostu ich sprzedaży w ciągu najbliższych lat 🙂 Ale pewnie i tak najbardziej opłacalne byłoby przerzucenie się na pisanie po angielsku. Cóż, Joseph Conrad mógł, Jerzy Kosiński mógł, to może… Ja już nawet trochę próbowałem 🙂

    Ale zupełnie serio. Panie Piotrze, mam nadzieję, że pańskie pragnienie zostania Amandą Hocking ogranicza się jedynie do osiągnięcia porównywalnych zarobków. Bo literacko to ten jej output słabiutki jest. Spróbowałem jej i Locke’a i nie zdołałem dobrnąć nawet do połowy. I to wcale nie dlatego, że zamiast na fizycznym Kindle’u, czytałem na aplikacji dla PC. Ja jednak mam nadzieję, że oprócz wymiaru komercyjnego, self publishing stanie się szansą dla ambitnych autorów, którzy mają pod górkę w obecnym kształcie polityki wydawniczej, a chcą opowiedzieć coś więcej niż historyjki o dowcipnych cynglach i wampirach. Taka była w ogóle moja pierwotna intuicja, gdy w 2010 roku po raz pierwszy zacząłem zgłębiać temat elektronicznego samowydawania.

    Myślę zresztą – i już wyraziłem tę myśl na „Świecie czytników” – że prawdziwą nobilitacją dla self publisherów będzie nie oszałamiająca sprzedaż, lecz dostrzeżenie przez krytyków, przedostanie się w krwiobieg literackiej świadomości. Jak kiedyś przeczytam w „Wyborczej” recenzję książki, w której fakt, iż autor wydał się sam w e-booku, będzie wspomniany marginalnie albo i w ogóle pominięty, wówczas uwierzę. W sieciowej wersji takiego artykułu oczywiście byłby link do bloga pisarza lub strony z jego pracą w wirtualnej księgarni.

    A Nobel dla self publishera, który na dodatek nigdy nie ogłosił swojej twórczości w papierze? No, to rzeczywiście byłby przełom. Dla mnie w tej chwili trudny do wyobrażenia, ale bynajmniej nie nierealny.

    • Panie Marcinie, póki co nie myślę o zmianie tematyki na bliższą amandowej, chociaż syn namawia mnie na napisanie czegoś o smokach 🙂 Może kiedyś, z ciekawości i dla zabawy, spróbuję takiej rozrywkowej formy. Dla reportera to jednak dość trudne zadanie – ćwiczy się raczej w oddawaniu rzeczywistości, a nie w jej tworzeniu.
      Zgadzam się z tym, że największe osiągnięcie self-publishingu pojawią się wtedy, kiedy rzeczywiście zaczną w nim publikować swoje debiutanckie książki młodzi, na prawdę utalentowani pisarze. Wydaje mi się, że to wcale nieodległa przyszłość. Self-publishing jest szczególnie atrakcyjny właśnie dla debiutantów. Wysyłanie maszynopisów do kolejnych wydawców, oczekiwanie na odpowiedź, oczekiwanie na ewentualny druk – to wszystko trwa długo. W self-publishingu autor może sprawdzić się natychmiast. Może eksperymentować do woli. Najwyżej ebook się nie sprzeda.
      Ciekawe, czy dożyjemy Nobla dla self-publishera bez wydań papierowych 🙂 Prędzej takiego, który debiutował w self-publishingu, a potem dopiero „wessał” go system 🙂

  2. Właśnie dokładnie tak było z Amandą Hocking, która po sukcesie swoich e-booków podpisała kontrakt z „tradycyjnym” wydawnictwem.

    „Ciekawe, czy dożyjemy Nobla dla self-publishera bez wydań papierowych” – na początek wystarczyłby Booker albo choć Nike 🙂 To by dopiero było wydarzenie! Chciałbym zobaczyć miny członków kapituły Nike, gdyby jakiś Aleksander Sowa lub Artur Boratczuk zgłosił książkę do plebiscytu. Tak w ogóle self publisherzy nie powinni się krygować i słać próbki dzieł do profesjonalnych recenzentów. Inaczej chyba się nie przebiją. Piotr Kowalczyk pisał na swoim blogu, że kiedy na początkowej fali popularności Iphone’a wypuścił pierwszą (darmową) książkę na Feedbooks, rozesłał notkę prasową do kilku redakcji. I ukazała się na ich stronach internetowych, co zaowocowało sporą liczbą pobrań.

    Myślę, że ten Pana artykuł w GW był symptomem jakiegoś przełomu. Temat może zacznie się przebijać do mainstreamowych mediów. A za tym faktycznie może pójść zainteresowanie krytyków oraz szerszych rzesz publiczności czytającej.

Dodaj komentarz