Dlaczego lubię zawał Kuleja?

Mój nowy ebook „Humer i inni” - historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…

Facebook skłania do głupoty – „lubienia” cudzego nieszczęścia. Chociaż daje się to racjonalnie wytłumaczyć, to być może już wkrótce słowo „lubić” zmieni znaczenie. Tak kiedyś stało się z „nominacją”, która kojarzyła się z wyróżnieniem, ale od czasów „Big Brothera” częściej zaczęła oznaczać wykluczenie.

Najpierw fakty. W sobotę wieczorem odbywała się gala z okazji 50-lecia pracy twórczej Daniela Olbrychskiego. W pewnej chwili na scenę wyszedł Jerzy Kulej – słynny polski bokser – aby wręczyć aktorowi replikę swojego złotego medalu. Wyszedł i… upadł. Dostał zawału.

O wypadku dowiedziałem się z Facebooka. Przykrą historię opisał Andrzej Saramonowicz, który był świadkiem wydarzenia. Podałem informację dalej, korzystając z Twittera. Zapewne podobnie jak ja postąpiło wiele osób. To modelowy przykład, jak istotną rolę w przekazie informacji odgrywa Internet – ta wiadomość pojawiła się w nim znacznie wcześniej, niż w radiu, telewizji, nie mówiąc oczywiście o drukowanej prasie.

Po mniej więcej godzinie wiadomość ukazała się na Facebooku „Polityki”. A do rana rozpowszechniła się też w innych miejscach Facebooka.

W komentarzach pod informacją pojawiły się głosy osób dziwiących się, że ktoś „lubi” zawał Kuleja. To rzeczywiście idiotyczne „lubić” cudzą tragedię. Oczywiście daje się łatwo wytłumaczyć, że „lubienie” w tym przypadku nie świadczy o naszym braku empatii, ale o potrzebie zwrócenia czyjejś uwagi na opisywane wydarzenie. Jednak klikanie w „lubię to”, podnoszenie internetowego kciuka do góry jest psychologicznie nienaturalne.

Przycisk „lubię to” rozpanoszył się w całym Internecie, choć ma zaledwie rok – wówczas wprowadził go Facebook (przy okazji: nie rozumiem, dlaczego angielski „like” stał się polskim „lubię to”, a nie zwykłym „lubię”). Wprowadzając przycisk „like” Facebook zaczął wchłanianie reszty Internetu. To drobiazg, który być może na wiele lat zmienił układ sił w Internecie.

Początkowo wydawał się zabiegiem technicznym, z którego niewiele wynika. Każdy mógł na swojej stronie wstawić przycisk „lubię to”. Odwiedzający klikali go, żeby za pośrednictwem Facebooka powiadomić znajomych, że znaleźli coś ciekawego w sieci.

„Lajkowanie” szybko stało się modne. „Lajkowano” świetną książkę, dobry film albo… śmierć znajomego. Bo chociaż „lubienie” takiego wydarzenia brzmi idiotycznie, to nie było lepszego sposobu, aby zwrócić czyjąś uwagę na ten fakt.

Przycisk „like” wydawał się znakomitą, na dokładkę darmową reklamą. Tymczasem więcej na nim zyskali nie tyle właściciele „zlajkowanych” stron, co sam Facebook. Dowiadywał się, co interesuje użytkowników – mógł więc wyświetlić im spersonalizowane reklamy. Mógł też te dane przekazywać innym firmom. Kiedy użytkownik Facebooka, za pośrednictwem linku w serwisie, wchodził na strony jakiejś księgarni, ta dostawała informacje o upodobaniach Internauty i mogła mu polecić odpowiednie lektury: biografie, kryminały, literaturę faktu.

Kiedy na milionach stron pojawił się przycisk „lubię to”, Facebook wyszedł poza własny wewnętrzny system. Fragmentami swojego kodu „zawirusował” cały Internet.

„Lubię to” jest jak słowo „mama” wypowiedziane przez niemowlaka. Facebook uczy się kolejnych. Zapowiedział wprowadzenie trzech kolejnych znaczników: „czytam”, „oglądam” i „słucham”. Znajomi dowiedzą się, do jakiej gazety ostatnio zajrzeliśmy, w którym kinie byliśmy, na jakim koncercie. A Facebook nauczy się odróżniać książki, które przeczytaliśmy, ale ich nie polubiliśmy. Nakarmimy go dokładniejszą porcją informacji dla reklamodawców.

Być może nawet kiedyś wprowadzi „nie lubię”. Ale my tymczasem stojąc na zbiegu ulic Technologie i Marketing zaczniemy inaczej rozumieć słowo „lubię”. Facebook miesza nam w głowach jak kiedyś „Big Brother”.

Na poprzednim zdaniu powinienem skończyć wpis. Ale niedawno odkryłem co różni dziennikarstwo tradycyjne od internetowego: na końcu zamiast pointy musi być pytanie do Internautów. Tak więc: co Państwo o tym myślą?

Polecam też tekst „Ebook – czyli ibóg żyje wiecznie. Moja opowieść wigilijna”

Moja „Piąta Komenda” w księgarniach:

Smashwords                    Apple iTunes                 

Virtualo.pl                         Ebookpoint.pl                                         Więcej o książce…

Mój nowy ebook „Humer i inni” - historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…


 

 


2 thoughts on “Dlaczego lubię zawał Kuleja?

  1. Puenta – mistrz. Swoją drogą zamiast like, można kliknąć share i wówczas dzielisz się ze znajomymi i nie ma obciachu, że lubisz zawał…

  2. Pewnie chętniej klikamy „lubię to”, niż udostępniamy, bo tak jest łatwiej. Kliknięcie jest mniej zobowiązujące – wystarczy tylko jedno naciśnięcie myszki. Być może dlatego stało się tak popularne – bo to jednak niesamowite, z jaką prędkością „like” rozpanoszył się w Internecie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>