Moje krótkie ACTA

Było tak – jakieś 30 lat temu kupiłem na płycie winylowej kawałek koncertowej własności intelektualnej pewnego zespołu. Potem – na kasecie, bo było wygodniej. Potem na VHS, żeby obejrzeć. Potem na CD, bo lepiej brzmiało.

Kolejne edycje na DVD i Blu-Ray odpuściłem sobie na rzecz bardziej nieformalnego obiegu. Chciałbym teraz zapytać – kto kogo przez te lata bardziej zrobił w trąbę? Przemysł muzyczny mnie czy ja jego?

Przypomnę jeszcze znany fakt – przez wiele lat płyta CD była znacznie droższa od kasety magnetofonowej, choć koszty produkcji znacznie mniejsze, a cała reszta – marketing, reklama, sekretarka prezesa, takie same. I jeszcze wyrażę mój wewnętrzny żal – 10 lat temu sprowadzałem z Amazonu płyty DVD, bo choć koszmarnie drogie, to był większy wybór, niż w Polsce. Przemysł rozrywkowy pewnie wówczas uznał, że będę napalonym idiotą do końca życia. I pewnie tak by zostało, gdyby nie Internet – wreszcie mogę być tak samo wyrachowany, jak show-biznes.

Pewnego dnia na kasetach, płytach a nawet książkach pojawiły się hologramy. Ale rozwijając tę myśl (kolejne akapity dodaję w miarę rozmów ze znajomymi na Facebooku ) – o ile pamiętam, to wielu dzisiejszych właścicieli show-biznesu zarabiało na chałupniczo kopiowanych kasetach, co w ówczesnych czasach nie łamało polskiego prawa. Kupowałem te taśmy na tyłach Domów Towarowych „Centrum” w Warszawie z absolutnym przekonaniem, że wszystko jest w porządku. Tymczasem pod względem etycznym było to równie uczciwe, jak dziesięć lat później na Stadionie X-lecia. W jednym i drugim przypadku artysta nie dostawał złamanego grosza.

Nie łudzę się jednak, że to było największym problemem. Kłopot polegał na tym, że to wytwórnie nie dostawały pieniędzy.

Pewnego dnia więc zmieniliśmy prawo i owi etycznie piraci – bo jak ich ich inaczej nazwać – zgodnie z prawem wreszcie wykupili licencje i zaczęli sprzedawać płyty nie w kampingowych przyczepach na tyłach Domów Towarowych „Centrum”, ale w w coraz większych sklepach płytowych. Pewnego dnia na legalnych płytach pojawiły się hologramy. Dlaczego? Aby policjanci łatwiej odróżnili je od „piratów”. A potem hologramy trafiły na książki. mów. Dlaczego? Bo pokątnie nadwyżki nakładów sprzedawali drukarze. Ale to nie wszystko – bo teoretycznie uczciwe wydawnictwa wprowadzały do obiegu znacznie więcej egzemplarzy, niż meldowały zagranicznym autorom i ich polskim przedstawicielom. To historie sprzed zaledwie kilku lat. Nie chcę w ten sposób uprawomocnić piractwa, ale jedynie zwrócić uwagę na dwa fakty – nie jesteśmy w Polsce najgorszymi piratami na świecie i często niewiele różnimy się od pseudo-uczciwego show-biznesu.

Dodaj komentarz