Wehikuł czasu Facebooka

Mój nowy ebook „Humer i inni” - historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…

 

Aktualizacja: na końcu wpisu – jak uruchomić Timeline na swoim profilu Facebooka. Dodałem instruktażową grafikę.

A tak wygląda mój Timeline. Zapraszam do „zaznajamiania się” ze mną!

Facebook zamierza wessać do Internetu całe nasze życie. Obiecuje cyfrową nieśmiertelność. Ale może wcześniej sprzeda nas marketerom?

Serwis czeka wkrótce rewolucja – zapowiedział ją Mark Zuckerberg.

Globalna chałupa

Na filmie o nowym Facebooku widzimy, że świat to już nie globalna wioska, ale globalna chałupa.

Znajomy słucha Green Day, Facebook pozwala włączyć ten sam utwór. Koleżanka ogłasza, że robi sałatkę owocową. Kupujemy takie same składniki, bo spodobał się nam przepis.

Informatycy biją brawo. Podziwiają wizję Marka Zuckerberga, twórcy Facebooka. Co roku, od 2007 r., w San Francisco odbywa się konferencja f8. Kierownictwo największego na świecie serwisu społecznościowego przedstawia swoje plany. Na ostatniej konferencji – we wrześniu 2011 r. – Mark Zuckerberg zapowiedział najważniejszą nowość: timeline, linię czasu. W polskiej wersji nazwano ją: wehikuł czasu.

Pierwsze pięć minut

Czym będzie podróż w czasie? Mark Zuckerberg przywołuje historię serwisu: najważniejszy był zawsze profil użytkownika.

- Miliony ludzi zainwestowało mnóstwo czasu, żeby przez profil opowiedzieć historię swojego życia – przekonuje. W 2004 r., po starcie Facebooka, mieścił tylko podstawowe informacje.

- Mogłeś powiedzieć, skąd jesteś, gdzie chodziłeś do szkoły, gdzie pracujesz, w jakim jesteś związku – wspomina Zuckerberg. – Ówczesny profil to było pierwsze pięć minut rozmowy z nieznajomym.

- Ludzie pokochali ten produkt – dodaje. – Był rewolucyjny, bo dla wielu okazał się pierwszym miejscem w Internecie, gdzie mogli bezpiecznie opowiedzieć o swoim życiu.

Profil przebudowano w 2008 r. Zuckerberg tą wersję nazywa kolejnymi piętnastoma minutami opowieści o sobie. Pojawiły się „statusy”, w których można opisywać ostatnie wydarzenia ze swojego życia. Albumy pozwoliły grupować zdjęcia – ze ślubu, wyjazdu wakacyjnego.

Profile stały się bogatsze – ale chaotyczne. Ważne wydarzenia tonęły w odmętach Facebooka. Należało uporządkować ludzkie historie.

Pojawiła się koncepcja nowego wyglądu Facebooka, który wkrótce zostanie wprowadzony. Zuckerberg podsumowuje zmiany: – Jeśli twój pierwszy profil, ten sprzed lat, to pierwsze pięć minut rozmowy, a strumień to następnych piętnaście – dziś przyszedł czas pokazać resztę. To kolejne kilka godzin głębokiej rozmowy z przyjacielem.

Zespół Facebooka pracował przez ostatni rok nad nową wersją profilu. To właśnie timeline.

Fiszki z życia

Wehikuł czasu to ciągnąca się od góry do dołu jedna długa strona internetowa, na której układamy nasze życie.

Wehikuł czasu przypomina papirus z naszą biografią – rozwijając go śledzimy po kolei wydarzenia od tych ostatnich aż do urodzenia. Ale to nowoczesny papirus – szybko go przewijając, jak listę kontaktów w iPhone, z łatwością wyłapiemy najważniejsze chwile. Autor wyróżni je graficznie.

Cyfrowy pamiętnik zaczyna się od okładki – poziomego zdjęcie na samej górze, na całą szerokość strony internetowej. Powinno jak najlepiej oddawać nasz charakter – czy autor kocha podróże, samochody czy sporty ekstremalne. Wybór zdjęcia skłania do przemyślenia, jak chcielibyśmy pokazać się znajomym. Takie wirtualne: „jak cię widzą, tak cię piszą”.

Poniżej zdjęcia zaczyna się timeline, linia życia. To pionowa kreska, ciągnąca się pośrodku internetowej strony od góry do samego dołu – daty narodzin. Na prawo i na lewo od niej układamy – jak fiszki w segregatorze – kolejne, coraz starsze wpisy.

Kolacja z żoną w restauracji – jedna fiszka. Mapa z wyrysowaną trasą porannego joggingu – druga fiszka. Przeczytana książka – następna. Zdjęcie z weekendu w górach – kolejna.

Wehikuł czasu pozwoli umieszczać wpisy również w przeszłości. To istotna zmiana – dotąd każdy nowy zapis, zdjęcie, pojawiały się u góry. Na Facebooku żyliśmy tylko bieżącą chwilą. Teraz, jeśli znajdziemy stare zdjęcia z wakacji w Chinach – możemy je na linii czasu dodać w lipcu 2004 r. Odszukaliśmy profil narzeczonej z podstawówki -dodajemy odsyłacz przy roku 1980. Facebook przestaje być tylko zapisem myśli, która przyszła nam do głowy pięć minut temu, ale pozwala cofnąć się w czasie do epoki Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego.

Im więcej czasu spędzimy uzupełniając swój profil wspomnieniami, tym nasz wizerunek w sieci stanie się bliższy rzeczywistości. A my niepostrzeżenie jeszcze bardziej przywiążemy się do Facebooka.

Internet towarzyski

Czy Facebook musiał powstać? Może Internet, jaki znamy, to wstęp do tego, jakim stanie się za sprawą serwisów społecznościowych?

Internet narodził się przez połączenie w sieć komputerów z różnych miejsc świata. Maszyny, za pośrednictwem kabli, zaczęły swoją „rozmowę”: przesyłanie cyfrowych danych. To pozwoliło na uruchomienienie stron www, serwerów plików, poczty elektronicznej. Zachwycało przekraczanie granic – komputer spod Warszawy mógł szperać w amerykańskiej bibliotece Kongresu.

Początkowo człowiek „porozumiewał” się z komputerem. Klikał w łącze, a komputer w odpowiedzi wyświetlał na ekranie tekst albo grafikę. Kiedy pojawiła się poczta elektronicza, komputer pozwolił człowiekowi rozmawiać z innym człowiekiem.

Podczas ostatnich kilkunastu lat przez sieć przetoczyło się kilka fal popularności. Modne były czaty, komunikatory (icq, skype, gadu-gadu), listy dyskusyjne, fora. Chociaż po paru sezonach traciły na popularności – kto dziś jeszcze pamięta icq? – to łączyła je wspólna cecha: służyły do rozmowy przez cyfrową sieć, ale z fizycznym człowiekiem. Wbrew ostrzeżeniom niektórych psychologów, że Internet alienuje, okazało się, że człowiek jest towarzyski: woli pogadać z innym człowiekiem, a nie z komputerem.

Facebook – i inne serwisy społecznościowe – połączył możliwości poprzedników: można w nim rozmawiać jeden na jednego, jak w komunikatorach albo czatach, można gromadnie rozprawiać o francuskich samochodach, jak na listach dyskusyjnych albo forach.

Serwisy społecznościowe dodały jednak coś nowego – kontaktujemy się przez nie głównie z ludźmi, których wcześniej poznaliśmy w realnym świecie. To ważna różnica – poprzez czaty czy listy dyskusyjne komunikowaliśmy się częściej z tymi, których spotkaliśmy dopiero w sieci.

Pierwszy w historii serwis społecznościowy Friendster (powstał w 2002 r.) wprowadził tą nową zasadę – miał łączyć ludzi, którzy zetknęli się w realnym świecie. Internet stał się towarzyski.

Kiedy oglądałem konferencję f8, zauważyłem, że na olbrzymim ekranie kilkakrotnie wyświetlano gigantyczną pajęczyna. To właściwie nic nowego – od dawna symbolizowała sieć połączonych przez Internet komputerów. Jednak twórcy Facebooka zapewne w tym symbolu widzą inną sieć – łączącą nie komputery, ale ludzi.

Polubić śmierć

W 2010 r. Facebook zaczął wchłaniać resztę Internetu. Wprowadził przycisk „like”, w wersji polskiej „lubię to”.To drobiazg, który być może na wiele lat zmienił układ sił w sieci.

Początkowo wydawał się drobnym zabiegiem technicznym. Każdy mógł na swojej stronie wstawić przycisk „lubię to”. Odwiedzający klikali go, żeby za pośrednictwem Facebooka powiadomić znajomych, że znaleźli coś ciekawego w sieci.

„Lajkowanie” szybko stało się modne. „Lajkowano” świetną książkę, dobry film albo – śmierć znajomego. Bo chociaż „lubienie” takiego wydarzenia brzmi idiotycznie, to zwracało uwagę Internautów.

Przycisk „like” wydawał się darmową reklamą. Tymczasem więcej zyskali nie tyle właściciele „zlajkowanych” stron, co sam Facebook. Dowiadywał się, co interesuje użytkowników – mógł więc wyświetlić spersonalizowane reklamy. Mógł też dane przekazać innym firmom. Kiedy użytkownik Facebooka, za pośrednictwem linku w serwisie, wchodził na strony księgarni, ta dostawała informacje o jego upodobaniach. Mogła mu polecić odpowiednie lektury: biografie, kryminały, literaturę faktu.

Kiedy na milionach stron pojawił się przycisk „lubię to”, Facebook wyszedł poza własny wewnętrzny system. Fragmenty swojego kodu zaszczepił w całym Internecie.

„Lubię to” jest jak słowo „mama” wypowiedziane przez niemowlaka. Facebook uczy się kolejnych. Na ostatniej konferencji f8 zapowiedział wprowadzenie trzech kolejnych znaczników: „czytam”, „oglądam” i „słucham”. Znajomi dowiedzą się, do jakiej gazety ostatnio zajrzeliśmy, w którym kinie byliśmy, na jakim koncercie. A Facebook nauczy się odróżniać książki, które przeczytaliśmy, ale ich nie polubiliśmy. Nakarmimy go dokładniejszą porcją informacji dla reklamodawców.

Starcie gigantów

Według statystyk w Internecie wciąż numerem 1 pozostają Google. Facebook – młodszy o sześć lat – jest numerem 2.

Taki ranking podaje Alexa.com, należąca do Amazonu firma obliczająca ruch internetowy. Z Google korzysta 46-49 proc. wszystkich Internautów, z Facebooka – 43 proc.

Ale w wakacje ubiegłego roku nastąpiła istotna zmiana. W sierpniu 2010 r. (według comScore), Amerykanie spędzili więcej czasu na Facebooku, niż na stronach Google -razem z Gmailem i YouTube.

Wkrótce tendencja ogarnęła cały świat. Dziś (według Alexa.com – statystyki z całego świata) średni czas „pobytu” na Facebook.com wynosi 26 min. Na Google.com (bez Gmaila i YouTube) – tylko 12 min. Im dłużej Internauta pozostaje na stronie, tym więcej zobaczy reklam.

Ben Elowitz, szef firmy Wetpaint, analizujący nowoczesne media na blogu „Digital Quarters”, przewiduje, że w przyszłym roku Facebook wzbogaci się o nowe narzędzie, które pozwoli mu pokonać Google i stać się numerem 1 w Internecie. Tym narzędziem ma być… wyszukiwarka.

Rynek związany z wyszukiwaniem finansowo kusi – w przyszłym roku w USA może być wart 15 miliardów dolarów. Najwięksi próbują zagarnąć kawałek dla siebie. Microsoft trzy lata temu uruchomił wyszukiwarkę Bing, Apple do najnowszego iPhone?a wbudowało sterowaną głosem wyszukiwarkę Siri.

Związek między wyszukiwaniem a reklamami jest prosty. Kiedy na stronie Google wpiszemy interesujące nas hasło, Google, obok wyników wyszukiwania „podrzuca” kilka tematycznie związanych reklam.

Między rywalizującymi gigantami, Google i Facebokiem, istnieje fundametalna różnica. Google zakłada anonimowość w sieci, Facebook zawsze nas rozpoznaje.

Google próbuje nas poznać, ale gromadzi wiedzę o komputerze, z którego łączymy się z Internetem: z jakiego miasta, kraju, w jakich porach, jakie strony otwiera przeglądarka internetowa, ile czasu na nich pozostaje. Z tego samego komputera może korzystać jednak kilka osób o różnych zainteresowaniach. Facebook rozpoznaje zalogowanych ludzi, nawet jeśli używają kilku komputerów.

Precyzyjniejsze rozpoznawanie użytkowników może dać Facebookowi przewagę nie tylko dzięki lepiej dopasowanym reklamom, ale też przy tworzeniu wyszukiwarki. Kiedy ślusarz wpisuje hasło „zamek”, oczekuje od wyszukiwarki sklepów z zabezpieczeniami. Historyk szuka odsyłaczy do średniowiecznych budowli.

Czy konkurowanie z tak dobrym narzędzia, jak Google, ma szanse powodzenia? Chociaż dla nas „googlowanie” stało się synonimem wyszukiwania, to w największych krajach na świecie wygrywają miejscowe serwisy. W Chinach najpopularniejsza jest wyszukiwarka Baidu, w Rosji – Yandex.

Facebook „podgryza” nie tylko Google. Ben Elowitz w internetowych statystykach dostrzegł głębszy trend.

Z pozoru cała sieć rozwija się dynamicznie: internetowe video w ciągu roku urosło o 45 procent. Czas połączeń z Internetem za pomocą mobilnych urządzeń wzrósł o 28 procent. Ale kiedy ze statystyk usuniemy Facebooka, to czas spędzany w sieci spadł w ciągu roku o 9 procent (dane Wetpaint i comScore marzec 2010-marzec 2011). Za to czas poświęcany na korzystanie z Facebooka wzrósł aż o 69 proc.

Facebook powoli zjada resztę Internetu.

Wojna w sieci

Konkurencja Facebook-Google to wojna między siecią „wyszukiwaną” a „społecznościową” – twierdzi Ben Elovitz. Bo może w ogóle nie potrzebujemy już Google?

Google przez kilkanaście lat było bramą do Internetu. Od niego rozpoczynaliśmy kolejne wycieczki po Internecie. Wpisujemy hasło, w odpowiedzi dostajemy linki, w które kilkamy.

Facebook już dziś proponuje inny sposób podróżowania w sieci – rekomendacje znajomych. Coraz częściej kierujemy się na jakąś stronę – z konkretnym felietonem, opisem nowego samochodu, przepisem na szarlotkę – klikając link, który na Facebooku polecił nam znajomy. Facebook, podobnie jak Google, stał się przewodnikiem wśród sieciowego chaosu, chociaż robi to w zupełnie inny sposób.

Facebook to gazeta „wydawana” dla nas przez znajomych. To oni stali się redaktorami, którzy wkładają do numeru interesujące artykuły z całej sieci. „Wrzucają” je w postaci linków. Nawet jak przystało na redaktorów czasami dopisują zgryźliwą opinię o materiale.

Ten gazetowy charakter Facebooka świetnie widać w programie Flipboard na iPada. Kiedy zalogujemy się w nim na facebookowe konto, zobaczymy prawdziwą gazetę (chociaż oczywiście nie poczujemy papieru, bo dziś mamy do czynienia z bitami, a nie z farbą drukarską). Kolejne strony będą podzielone na szpalty, w których znajdziemy pełną treść artykułów rekomendowanych przez naszych znajomych – zamiast prostych linków, jak na stronie Facebooka. Flipboard merytorycznie niczego nie wnosi – jedynie pięknie opakowuje tą społecznie redagowaną „gazetę” dla jednego czytelnika.

Na Facebooku jesteśmy naczelnym gazety, w której „zatrudniamy” redaktorów przez zaproszenie ich jako znajomych. Ta piękna wizja ma jednak pewną wadę – może spowodować fatalne skutki.

Sieciowa bańka

Internet to fantastyczne miejsce poszerzające nasze horyzonty. Tak wydawało się przez wiele lat. Tymczasem oddaliśmy się we władzę myślących za nas algorytmów.

Od dłuższego czasu zjawisko bada Eli Parser, autor książki „The Filter Bubble”, opowiadającej jak sieć zamyka nas w bańce, do której nie docierają żadne odkrywcze treści. Eli Parser mówił o swoich badaniach podczas konferencji zorganizowanej przez Ted – Ideas worth spreading  (na www.ted.com możemy obejrzeć całość wystąpienia).

Trzydziestoletni dziś Eli Parser opowiadał o roli, jaką odgrywał w jego życiu Internet, kiedy dorastał na wsi w stanie Maine: – Był połączeniem ze światem. Czymś, co połączyłoby nas razem. Byłem pewien, że będzie wspaniały dla demokracji i naszego społeczeństwa.

Pewnego dnia jednak odkrył, że coś dziwnego dzieje się z przepływem informacji w sieci.

- Pierwszy raz zobaczyłem to na swoim profilu w Facebooku – mówił. – Jestem nowoczesny, politycznie jednak zawsze nasłuchuję konserwatystów. Lubię wiedzieć, co mają do powiedzenia, do czego się odnoszą, uczyć się. Zaskoczyło mnie pewnego dnia, że konserwatyści zniknęli z mojego Facebooka. Okazało się, że Facebook sprawdzał, co klikałem i zauważył, że częściej klikałem na linki liberalnych niż konserwatywnych znajomych. I bez mojej konsultacji odrzucił linki konserwatystów. Zniknęły.

Podobny mechanizm Eli Parser zaobserwował w innych witrynach. Kiedyś poprosił znajomych, żeby do Google wpisali hasło „Egipt”. Jeden w odpowiedzi otrzymał linki do stron o kryzysie i protestach w Egipcie, drugi – propozycje wakacyjne i turystyczne.

Facebook i Google – podobnie jak Yahoo, Washington Post i setki innych witryn – „odczytują”, kim jesteśmy: na podstawie miejsca, gdzie mieszkamy, komputera, jakiego używamy, przeglądarki internetowej, historii odwiedzanych witryn. Gdy potem wpisujemy nasze pytanie, algorytm dopasowuje odpowiedzi do naszego profilu. Internet tym samym nie rozszerza naszych horyzontów, ale zamyka nas w ciasnym kręgu własnych przekonań.

Eli Parser stwierdził, że Internet zaczął działać tak, jak kiedyś powiedział Mark Zuckerberg: „Wiewiórka umierająca w twoim ogródku może być bardziej dla ciebie istotna niż ludzie umierający w Afryce”.

Pozew za twarze

Facebooka atakowano za politykę prywatności. Jak chyba każdą wielką firmę działająca w sieci.

W listopadzie świat obiegła informacja, że ze względu na nieposzanowanie prywatności Internautów, ataku na Facebooka dokonają hackerzy z grupy Anonymous. Do uderzenia nie doszło, być może ktoś podszył się pod Anonymous. Ci za pośrednictwem innego serwisu społecznościowego, Twittera, zakomunikowali, że na świecie są większe problemy  choćby walka z pedofilią i kartelami narkotykowymi – niż Facebook.

Ostrzejsza od Anonymous jest Unia Europejska. Władze w Brukseli chciałyby, aby użytkownik mógł w każdej chwili skasować wszystkie swoje dane z Facebooka. Nazywają to zasadą „right to be forgotten”. Tymczasem można tylko usunąć konto, które przestaje być widoczne dla użytkowników, ale dane wciąż pozostają na serwerach Facebooka.

Facebook twierdzi, że trudno mu stosować europejskie prawo o danych osobowy, bo pochodzi z 1995 r., kiedy Internet dopiero raczkował. Rozdźwięk między prawem a technologią widać jeszcze bardziej w sprawie z Hamburga. Miejscowy ośrodek ochrony danych osobowych pozwał Facebooka za automatyczne rozpoznawanie twarzy.

Działa to tak: użytkownik serwisu zaznacza, że znajduje się na jakiejś fotografii. Na tej podstawie program potem podpowiada innym, że na kolejnych fotografiach znajduje się ta właśnie osoba. Niemieccy urzędnicy uznali, że Facebook zbiera dane biometryczne użytkowników, nie informując ich o tym.

Technologia jest stosunkowo nowa – używane „stare” prawo musi „udawać”, że było przygotowane z myślą również o takich sytuacjach.

Facebook ulepsza ochronę prywatności. Wprowadzone latem tego roku zmiany ułatwiły decydowanie, kto widzi nasze posty. Możemy zaznaczyć, że jedne zobaczy tylko rodzina, inne bliscy znajomi, a niektóre tylko my sami. Musimy też wyrazić zgodę na „otagowanie” naszym nazwiskiem każdej fotografii.

Ale ochrona prywatności to niejedyny problem Facebooka.

Farmy fanów

Wchodząc do zamkniętego serwisu można ulec złudzeniu całkowitego bezpieczeństwa. Jednak na Facebooku, jak w całym Internecie i w realnym świecie, możemy paść ofiarą przestępstwa, na przykład oszustwa. Chociażby tak zwanej „farmy fanów”.

Social360.pl wyśledził kilka prób oszustw. W lipcu tego roku pojawił się konkurs – bluzy Facebooka dla pierwszych 300 tys. fanów. Należało „polubić” facebookową stronę – „Wakacje”. W innym konkursie za polecenie strony znajomym obiecywano podwójne wejściówki do Multikina.

Na oba konkursy nabrało się kilkadziesiąt tysięcy osób. Zostali sprzedani na Allegro. Stronę z pięcioma tysiącami fanów można kupić za niecałe 200 zł. Fanpage z 200 tysiącami fanów kosztuje 15 tys. zł. Kupującemu oferuje się regularne wysyłanie jego postów reklamowych – dotrą do wszystkich nabranych fanów.

Pod koniec listopada użytkowników zalała fala pornografii. Do Facebooka przedostało się złośliwe oprogramowanie. Oficjalne zasady zabraniają publikowania nagich zdjęć.

Lekkomyślność na Facebooku naraża na straty również w realnym świecie. W listopadzie Bankier.pl poinformował, że w Wielkiej Brytanii 39 spośród 50 przebadanych złodziei przyznało się do sprawdzania mediów społecznościwych przed włamaniem. Wielu okradzionych publikowało zrobione przed chwilą zdjęcia z wakacji albo „meldowało się” daleko od domu. „Meldowanie się” to jedna z niedawno uruchomionych funkcji. Dzięki smartfonowi można pokazać na Facebooku, gdzie się aktualnie przebywa – na zakupach w „Lidlu” albo wakacjach w Tajlandii.

Wszystko na sprzedaż

Podczas ostatniej konferencji f8 duże poruszenie wzbudziła kolejna nowość: możliwość wspólnego słuchania muzyki.

Facebook wbudował do swojego systemu internetowy serwis Spotify, pozwalający na słuchanie muzyki od wielkich wydawców, m.in. Sony, EMI, Warner Music Group, Universal.

Jednym z udziałowców i członkiem zarządu założonego w Szwecji serwisu Spotify jest Sean Parker. Ponad 10 lat temu współtworzył Napster, kojarzony z muzycznym „piractwem”. Potem był prezesem Facebooka. To ten, którego w filmie „Social Network” gra Justin Timberlake, a widzimy go jako złego ducha Zuckerberga.

W Polsce na razie nie skorzystamy ze Spotify, bo ze względu na umowy z wydawcami muzycznymi dostępny jest tylko w kilku krajach, m.in. w Szwecji, Francji, Wielkiej Brytanii i USA. Ale możemy sprawdzić nową funkcję, którą Facebook wprowadza jakby mimochodem, a która może odegrać olbrzymią rolę w rozwoju serwisu.

Ta funkcja to raportowanie „na żywo”, bez naszego udziału, co robimy.

Kiedy Amerykanin włączy muzykę ze Spotify, Facebook natychmiast, bez jego udziału, wysyła o tym informację do znajomych. Bez klikania w przycisk „like” czy nowy „listen”. Znajomi z fejsa przeczytają nazwę zespołu i tytuł piosenki, której słucha.

Inżynier z Facebooka, Casey Muller, na firmowym blogu poinformował, że przez półtora miesiąca po konferencji f8 użytkownicy „pokazali” półtora miliarda razy, jakich utworów właśnie słuchają.

Podobną funkcję raportowania „na żywo” wbudowano w działający na Facebooku czytnik „Washington Post” – jednej z pierwszych gazet „drukujących” artykuły w serwisie. Działanie możemy sprawdzić też w Polsce. Kiedy zajrzymy do dowolnego tekstu, Facebook sam wyświetli znajomym, co właśnie czytamy.

Przeglądam kolejne artykuły – zaczynam czytać, co Sarkozy i Obama mają do powiedzenie o premierze Izraela. Potem o spotkaniach Zuckerberga ze Stevem Jobsem.

Kiedy kończę, zauważam, że mój siostrzeniec, siedzący przed komputerem w innym mieście, zagląda do tych samych artykułów. Zainteresowały go, bo fejs poinformował, że czytałem je. Po chwili dostrzegam, że już sam otworzył artykuł o śmierci boksera Joe Fraziera.

To przykład, jak media społecznościowe pomagają odnajdywać interesujące treści. Ale właściwie czy my jeszcze wzajemnie zachęcaliśmy się do przeczytania „Washington Post”, czy już nieświadomie szpiegowaliśmy, co robi drugi?

I co się stanie, kiedy Facebook, dla naszej wygody, w ogóle zrezygnuje z przycisku „lubię to”, ale po prostu zacznie automatycznie zapisywać i pokazywać informację, co czytamy, co oglądamy, z kim jesteśmy na kolacji? I gdzie cały czas jesteśmy?

Taki „samopiszący” się cyfrowy pamiętnik może nas uwieść swoją wygodą. Jak łatwiej sprawdzić, w której restauracji rok temu smakowało nam sushi? Albo kiedy ostatni raz byliśmy w Krakowie? Czy też prześledzić na mapie trasę naszej podróży po Ameryce Południowej?

Ale może czasem lepiej nie pamiętać? Swoje ślady do tej pory rozrzucaliśmy po całym Internecie. A teraz zaczynamy je trzymać w jednym miejscu – na Facebooku. Wielki Brat już nie będzie musiał śledzić nas przez całą dobę, bo sami przygotujemy mu wyczerpujące raporty o naszym życiu. Gdzie byliśmy, co jedliśmy i z kim spaliśmy. Utkniemy w pajęczynie.

STATYSTYKI

Facebook ma już 800 milionów użytkowników.

Facebook to trzeci największy kraj na świecie – po Chinach i Indiach. Ma ponad połowę więcej ludności, niż cała Unia Europejska.

Najwięcej użytkowników Faceboka (według socialbakers.com) jest w USA – prawie 160 milionów, czyli połowa wszystkich Amerykanów. Dwa kolejne kraje znajdują się w Azji: Indonezja i Indie. Czwarte miejsce to pierwszy europejski kraj – Wielka Brytania (ponad 30 mln. użytkowników). W sobie tylko wiadomy sposób największy stan nasycenia osiągnęło Monako, jedyny kraj na świecie, w którym fejsa używa więcej ludzi, niż mieszka ? 115 proc.

Najmniej użytkowników jest w Watykanie – tylko 20 osób.

Polska w tej statystyce jest całkiem wysoko – na 24 miescu, z ponad siedmioma milionami użytkowników jesteśmy między Peru a Pakistanem.

Dopiero kawałek za nami jest Rosja (28 miejsce, niecałe 5 milionów użytkowników. Za nią – pierwszy kraj afrykański (miejsce 29, RPA, 4,5 mln. użytkowników).

Najpopularniejszy na Facebooku jest… Facebook. Ma ponad 55 mln. fanów. Druga jest gra Texas Hold’em Poker (52 mln.), trzeci – Eminem (48 mln.)

Barack Obama rezyduje na 41. miejscu (24 mln.), pomiędzy Seleną Gomez (amerykańska piosenkarka i aktorka pochodzenia meksykańskiego) a serialem „Two and Half Men”.

Niechlubne postaci z przeszłości też mają swoich fanów. Karol Marx ok. 84 tys., Włodzimierz Lenin – ok. 24 tys., Adolf Hitler – ok. tysiąca.

Pierwsze miejsce wśród firm w „polskim” Facebooku zajmuje Allegro – ma 590 tys tys. fanów.

Na drugim miejscu „Serce i Rozum”, kampania reklamowa TP SA – pół miliona fanów.

Kolejne trzy miejsca zajmują marki odzieżowe LPP – Reserved (462 tys.), House (427 tys.) i Cropp (410 tys.)

Dwie ostatnie spotkała nieprzyjemna przygoda. W marcu tego roku, kiedy miały już razem prawie pół miliona fanów, Facebook nagle… skasował ich strony.

Powodem (marzec 2011 r.) było zagnieżdżenie się na ich stronach złośliwej aplikacji, rozsyłającej spam – a raczej zbyt wolna reakcja administratorów na uciążliwe zjawisko. Po jakimś czasie strony przywrócono do Facebooka.

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w „Pulsie Biznesu Weekend” – w nieco krótszej wersji, jednak o takiej samej wymowie. Fragmenty rozwinąłem też w dwóch wpisać na moim blogu „Flipboard i elektroniczna gazeta” oraz „Dlaczego lubię zawał Kuleja?” 

Aby uruchomić Timeline, należy na stronie kliknąć guzik w prawym dolnym rogu przeglądarki. Cały czas, nawet przewijając stronę, mamy do dyspozycji cztery statyczne przyciski – należy kliknąć ten najbardziej po prawo. Trzeba się przyjrzeć, sam tego początkowo nie zauważyłem. Mamy 7 dni na testowanie Timeline. Na grafice poniżej zaznaczyłem miejsce, gdzie trzeba kliknąć przycisk – jego samego już nie widać, bo po pacnięciu (a ja to już zrobiłem) – znika, a my możemy bawić się Timeline.

Facebookowiczom – ale i innym Internautom – polecam też tekst „Ebook – czyli ibóg żyje wiecznie. Moja opowieść wigilijna”

Mój nowy ebook „Humer i inni” - historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin     Smashwords

Więcej o książce…

Moja „Piąta Komenda” w księgarniach:

Smashwords                    Apple iTunes                 

Virtualo.pl                         Ebookpoint.pl                                         Więcej o książce…

 

 


3 thoughts on “Wehikuł czasu Facebooka

  1. Ekstra wpis. Gratulacje dla autora :D . Podeślę linka do tej stronki znajomym, dam głowę, że też powinni ją docenić. Mam nadzieję, że takie blogi nadal będą funkcjonowały w polskim internecie pomimo podpisania ACTA przez polityków. Dobrze by było gościć tu częściej.

    Życzę sukcesów ! – Oskar Sobczak

  2. Witam. Serio cieszę się, że tu trafiłam. Stało się to przypadkiem w trakcie szukania informacji o nieruchomościach. Jestem zaskoczona, że ktoś omawia interesującą mnie tematykę i to dodatkowo robi to w zajmujący sposób. Mam nadzieję, że dostęp do takich treści nie będzie blokowany po niedawnym podpisaniu umowy ACTA przez Polskę :( P.S. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to można by jeszcze trochę popracować nad designem bloga.

    • Też uważam, że wygląd powinien się zmienić :) To jednak na tyle poważna praca, że muszę zarezerwować na nią sporo czasu. Tymczasem muszę dokończyć pisanie „papierowej” książki i przygotować wznowienie kolejnej w postaci ebooka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>