Rocznica śmierci Jacka Karpińskiego

Dziś wypada rocznica śmierci Jacka Karpińskiego, znakomitego i kontrowersyjnego polskiego informatyka.

W księgarniach powinna już być jego biografia „Geniusz i świnie”, którą pisałem przez ostatnich kilka lat. Zamiast jednak o niej opowiadać, zapraszam do przeczytania początkowego fragmentu.

Życie na krawędzi

AKTUALIZACJA: Książka „Geniusz i świnie” pojawiła się w pierwszych księgarniach.

Z Piotrem Lipińskim rozmawia Janina Koźbiel

Jaka jest tajemnica sukcesu „Piątej Komendy”, która znalazła się na liście ebookowych bestsellerów? Pikanterii dodaje fakt, że wydał ją Pan sam, nie korzystając z pomocy żadnej oficyny.

Ona trafiła na bardzo dobry moment. Zauważyłem pewnego dnia, że mi spiratowano książkę „Ofiary Niejasnego”, którą znalazłem na Chomiku; pomyślałem, że skoro się cieszy popularnością, to może warto na tej popularności zarobić. A też żadna z moich książek do tego momentu nie była dostępna w formie elektronicznej. Pomyślałem, że jak zrobię to sam, to będzie szybciej niż z pośrednictwem wydawnictwa. Przejrzałem książkę, wybrałem największy reportaż, bo bałem się brać za całość, przy okazji do niego nieco dopisałem. Zawsze jest tak, że jak po upływie jakiegoś czasu zaglądam do książki, to mam ochotę  przerobić. Okazało się, że  – po pierwsze – „Piąta Komenda” trafiła na rynek w momencie chyba najbardziej sprzyjającym dla seflpublishingu, kiedy zainteresowanie tą formą rosło. Po drugie – wielu osobom spodobała się idea, że autor zamiast ścigać i próbować aresztować tych wszystkich, którzy udostępniają książkę, postanowił  działać konstruktywnie. I rzeczywiście sprzedało się kilkaset sztuk i to jest spory sukces, jak na ten typ książki. Ma to i tę zaletę, że e-book leży i co miesiąc parę egzemplarzy się sprzedaje. A w księgarniach – jak wiadomo – żaden tytuł długo nie gości, bo musi ustąpić miejsca nowościom.

Musiały być jednak jakieś gorsze strony przedsięwzięcia, skoro wydanie książki o Karpińskim zdecydował się Pan komuś powierzyć?

Bo kiedy się zastanowić nad wszystkim na trzeźwo, to wychodzi na to, że wprawdzie zarobiłem na tym procentowo dużo więcej, ale pracowałem na kilku etatach. Po napisaniu zwykle, owszem, autor uczestniczy w  akcji reklamowej, udziela wywiadów, ładnie wygląda, ale tak naprawdę bierze ją na siebie wydawca. A kiedy wydałem e-book sam, to musiałem sam siebie reklamować. Wprawdzie wykorzystałem tylko internet, więc pieniędzy specjalnie nie włożyłem, ale musiałem przy komputerze spędzić dużo czasu, ludziom głowę zawracać, co parę dni się  przypominać. A jak się człowiek przypomni, to wchodzi przeważnie w jakiś dyskurs  i te godziny lecą. No i jasne się dla mnie stało, że jednak wolę pisać książki, niż zajmować się całą tą dystrybucją.

Ale  młodych pisarzy namawia Pan do samowydawania?

Jasne. Tyle że nie powinni się spodziewać oszałamiającego sukcesu. Najważniejsza w tym wszystkim jest pewność, że książka się ukaże. Z taką pewnością pisze się o wiele lepiej.

Sukces „Piątej Komendy” wyrósł z tego, że trafiła w swój czas. Czy jest teraz czas na Karpińskiego – i  w wersji papierowej, i elektronicznej, bo dysonansem by było, gdyby książka o  informatyku nie ukazała się również jako e-book.

Jest, jest! Bo jest to historia jednej z najciekawszych rzeczy, jakie zdarzyły się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, jednej z największych zmian, jakie dokonują się na naszych oczach. Kojarzy się w największym stopniu ze Stanami Zjednoczonymi i Doliną Krzemową – niemal wszystko, co ciekawe, tam się zdarzyło – ale każdy prawie kraj coś do tego dołożył. Karpiński i jego K-202 jest naszym bardzo interesującym wkładem,  nie musimy być wcale bezradni wobec tego całego cyfrowego wszechświata. W historii Karpińskiego odbija się właściwie cała historia informatyki. A jest to tym bardziej intrygujące, że praktycznie nie została ona spisana. Są co najwyżej jakieś przyczynkarskie materiały. Bywały bardzo ważne konferencje naukowe, mówili różni ludzie o swoich  zasługach, a pomijali Karpińskiego, bo za bardzo się wyróżniał, a jego osiągnięcia były o skalę, o dwie skale większe.

Mimo że K-202 nie udało mu się wdrożyć? A po ’89 roku Karpińskiemu wcale nie wiodło się lepiej niż w PRL, przeciwnie…

To prawda. Doradzał przez moment Balcerowiczowi. Chodziło o sprowadzenie do Polski francuskich komputerów, które miały mieć polską klawiaturę, co uznał za absurdalne, bo to było niekompatybilne z całą resztą komputerów na świecie. Gdybyśmy wtedy zaczęli je kupować, to by to nas zamknęło na jakiś czas w enklawie. Zaniechanie tego to był jego jedyny sukces. Potem jeszcze jakiejś reformy PIT-ów próbował, ale bezskutecznie.

Niekompatybilność w informatyce to ważna kwestia. Kiedy świat był podzielony – my drepczący przy boku ZSRR – byli tacy, którzy przyczyn klęski Karpińskiego upatrywali w tym, że jego K-202 nie pasował do RIAD-a. Ten system jeszcze istnieje?

Dawno go nie ma. Od początku był przestarzały. Wtedy fachowcy wiedzieli też, że to zerżnięta konstrukcja, IBM-owski system, z lekkimi tylko modyfikacjami.  A K-202 Karpińskiego to był od początku do końca wymyślony model oryginalny, nie kopia. A że nie był kopią, okazało się, że nawiązuje rywalizację, może być konkurencją dla zachodnich maszyn. Nie był na pewno najlepszy na świecie, ale znakomity. I to jest obiektywna ocena, nie Karpińskiego, tylko innych ludzi, także z nim współpracujących, którzy podają rzeczowe argumenty, przywoływane w książce.

Nie ma w tym mitologizacji? Dramat zespołu mógł sprawić, że Karpiński swoje zasługi wyolbrzymiał.

Nie była może to maszyna tak znakomita, jak Karpiński pod koniec życia opowiadał, kiedy próbował ją porównywać do współczesnych komputerów, bo łatwiej mu było w ten sposób pokazać – zwłaszcza laikom – wielkość tego osiągnięcia. Próbował wykazać, że udało mu się zrobić dwadzieścia lat wcześniej to, co potem zdominowało rynki. A że był kapitalnym opowiadaczem i gawędziarzem, to prawda. Kiedy nagrywaliśmy rozmowy do filmu „Co się stało z polskim Billem Gatesem?”, cała ekipa siedziała, godziny płynęły, a  wszyscy byli oszołomieni, łącznie z operatorem światła i kamery. Oglądałem wywiady z nim, nakręcone przez kogoś innego, i też siedziałem jak zaklęty. Mówił ze swadą, ale musiał się przekonać, że ktoś jest rzeczywiście zainteresowany i coś wie o sprawie. Sceptyków lekceważył. Dlatego zdarzało się z pewnością, że wena go ponosiła i  trudno niektóre opinie zweryfikować. Widać czasem, że opowieść jest przerysowana. I rodzinę mitologizował, i swoje trudności. Wiadomo, że stracił możliwość pracy w zawodzie informatyka. A kiedy mu proponowano coś innego, to nie dlatego, że go doceniano, tylko że chciano się go pozbyć.

Hodowla świń, na którą się zdecydował, była protestem, demonstracją. I ludzie to zauważyli, pisano o tym. Sama pamiętam reportaże w „Kontrastach”, które czytałam z wypiekami, choć o samej informatyce nie miałam pojęcia.

Udało mu się skonstruować sugestywne przesłanie: oto w PRL człowiek nie może się zajmować tym, w czym jest dobry, nie może budować komputerów, tylko musi zajmować się świniami. I udało mu się to wylansować. To dotarło do całej masy ludzi.Wymagało oczywiście poświęcenia i samozaparcia. Jacek taki już był, że kiedy zaczął zajmować się hodowlą świń, to – ludzie opowiadali – też robił to z dużym przejęciem. Dokształcał się, zdawał egzaminy, a jak o tym mówił, to też z tą charakterystyczną swadą, że genialną kiełbasę robił i nikt nigdy nie jadł lepszej. On zawsze  wszystko z przekonaniem robił.

Gdzie było źródło tej kreatywności? Jak to się dzieje, że jeden daje się zestandaryzować, sformatować, a drugiego za cholerę nie można? Skąd się bierze ta siła, że człowiek opiera się i nie daje wepchnąć w utarte koleiny, stać go na ryzyko i opór, i zdolność oporu…

To ciekawe pytanie, bo taka ponadprzeciętna osobowość konstruktora nie  musi oznaczać ponadprzeciętności cywilnej. A on był taki rzeczywiście. To na pewno i w genach było, on był bardzo podobny do ojca pod względem siły charakteru, bezkompromisowości i niesamowitego parcia do zdobycia tego, co sobie zamierzył. Ale – co istotne – jednak nie za wszelką cenę. Granicą była świadomość, że nie można pozwolić na odbieranie sobie godności, na destrukcję własnych przekonań. Dla sukcesu zawodowego nie można ich poświęcić.

A jego współpraca z wywiadem? To nie był kompromis zawarty dla ambitnego celu?

Trudno mówić o jego motywacjach, bo sam niestety nigdy o tym nie opowiadał. Dokumenty o jego pracy dla peerelowskiego wywiadu stały się powszechnie znane dopiero po jego śmierci. Dlatego nie miałem szansy zapytać go o ten bardzo kontrowersyjny epizod życia. Jedną rzecz należy jednak wyraźnie powiedzieć: Karpiński nie był esbeckim donosicielem. Dostarczał wywiadowi informacji o zachodnich konstrukcjach, a nie o polskich naukowcach. Sporo informacji o tym zamieściłem w książce. Continue reading

Etiopia cyfrowa

Krótka informacja: ostatni numer „Kontynentów” – z moim tekstem o Etiopii – jest dostępny w wersji cyfrowej, można go przeczytać na przykład na tablecie. Szczegóły na stronie „Gazety Wyborczej”.

Mój nowy ebook „Humer i inni” - historia stalinowskich zbrodniarzy

Virtualo        Empik      Merlin    Amazon    Apple iTunes

Więcej o książce…