Recenzja książki "Ofiary Niejasnego"

MAGDALENA GROCHOWSKA

Na tle śnieżnej firanki

Nie lubiłam w szkole historii. Podręczniki ukazywały zwykle portret zbiorowy, w którym zamazywał się i gubił najważniejszy dla mnie detal - człowiek. Piotr Lipiński, reporter historyczny, w tryptyku o polskim stalinizmie skupia swą uwagę na człowieku. Męczennicy wczesnego komunizmu z jego książki " Ofiary Niejasnego" - ostatniej z cyklu - mają konkretne twarze i indywidualne losy. Dramat tamtych lat staje się wyrazisty i dotykalny. Podoba mi się takie opowiadanie historii.

Okladka Ofiary Niejasnego mala

Piotr Lipiński " Ofiary Niejasnego", wyd. Prószyński i S-ka, 2004 r.; wcześniejsze części tryptyku - "Bolesław Niejasny" (2001 r.) i "Towarzysze Niejasnego" (2003 r.) - ukazały się w tym samym wydawnictwie

Oto Narcyz Wiatr "Zawojna" - czarnowłosy, smukły, z wydatną grdyką. W kwietniowy dzień 1945 r. gawędzi na krakowskich Plantach z mężczyzną, który go właśnie zaczepił. Nagle zrywa się do biegu. "...Biegł wspaniale - opowiadał Lipińskiemu świadek tej sceny - jak sportowiec płynął w powietrzu, pędził jak wiatr". Padają strzały.

Dla nowej władzy Narcyz byłby wymarzonym sojusznikiem. Przed wojną komunizował. W czasie wojny dowodził chłopską partyzantką. Chciał, by jego żołnierze wstępowali do milicji. Dlaczego dwa tygodnie przed końcem wojny ubecy go mordują? Reporter próbuje rozwikłać zagadkę tej śmierci.

Jan Rodowicz "Anoda" ślubował, że dopóki trwa okupacja, nie zatańczy. To on pierwszy rzuca butelką w akcji pod Arsenałem. Uwalnia więźniów, wykoleja pociągi, walczy w Powstaniu. I niesie przez ogródek w Skolimowie naręcze groszków dla swojej dziewczyny... Według oficjalnej wersji w 1949 r. wyskoczył z okna czwartego piętra gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. A jak naprawdę zginął?

Śmierć - od kuli, skoku buciorami na klatkę piersiową, od razów zadanych kijami, okrutna i niczym niezawiniona - wiąże czarną nicią ten zbiór reportaży.

Piotr Lipiński prowadzi czytelnika do sprawców (lub do podejrzanych o sprawstwo) - trybów i trybików systemu. Zaglądamy do ich mieszkań. Wiktor H., który przesłuchiwał "Anodę", ma z okna widok na kort tenisowy nieopodal rosyjskiej ambasady. Czesław Ł., oskarżony przez Instytut Pamięci Narodowej o mord sądowy na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, bohaterze AK, siedzi przy biurku na tle śnieżnej firanki i zachowuje się dystyngowanie. Nawet prawi Lipińskiemu komplementy... Reporter czasem pyta wprost:

- Podtrzymuje pan, że Pilecki był szpiegiem? Był dla pana przestępcą? Dlaczego zażądał pan kary śmierci?

Pilecki w czasie wojny dobrowolnie poszedł do Auschwitz po to, by zdać relację podziemiu.

- Czy czuje się pan odpowiedzialny za śmierć "Anody"?

Stefana Sieńkę, głównego agenta w V Komendzie WiN, a przedtem autentycznego członka IV Komendy, indaguje: - Dlaczego pan się zgodził na współpracę z UB?

Innym razem pytanie nie może mu przejść przez gardło. "Jak zapytać obcego człowieka, czy zastrzelił kolegę?".

Odkładają gniewnie słuchawki albo protekcjonalnie klepią reportera po ramieniu (jest od nich młodszy niemal o dwa pokolenia). Milczą albo recytują liturgiczne zwroty sprzed lat: ...bo podziemie zaczęło pracować dla zachodnich wywiadów; ...bo zabrnęło na drogę konfrontacji... Podsuwają moralne usprawiedliwienia: "Kiedy ktoś mi mówi, że nawet wbrew przekonaniu o słuszności oskarżenia powinienem odmówić oskarżania więźnia Auschwitz, odpowiadam, że bohaterstwo stanowi cenną cnotę, ale nie ma obowiązku bycia bohaterem". Lipiński każdemu daje szansę, by przedstawił swoje racje. Docieka, lecz jest powściągliwy w ocenach. Chce zrozumieć.

Ów Jan T., który na Plantach strzelał do biegnącego Narcyza, w czasie wojny klęczał przed nim i ujmował go pod kolana. Miał od AK wyrok śmierci za rabunki, jakich dopuszczał się ze swoim oddziałem. Błagał Narcyza o litość - ma żonę i dzieci... Narcyz zawiesił wykonanie wyroku. Więc na Plantach zabójca strzelił do swego wybawcy. - Bo czuł się poniżony i zagrożony? - zastanawia się autor.

 Choć są w tej książce kaci i  ofiary, czytelne dobro i ewidentne zło, linia podziału rwie się czasem, niknie, plącze.

Śledczy, który przesłuchiwał "Anodę", będzie w 1982 r. wyrzucony z PZPR za udział w strajkach, sprzyjanie "Solidarności" i krytykę stanu wojennego.

W Wierzchowinach oddział w polskich mundurach zamordował bestialsko tuż po wojnie prawie 200 Ukraińców. ("Jeszcze przygonili kobietę z małym dzieckiem, kazali stanąć pod wisznią i trrrach, zastrzelili" - relacjonował w reportażu świadek). Lipiński przywołuje późniejszą refleksję członka Narodowych Sił Zbrojnych, który był tam, widział te straszne wydarzenia. Przyznaje, że wtedy nie zrobiły na nim - żołnierzu NSZ - większego wrażenia. A po latach wracają. Prześladują go. "Bez przerwy proszę Boga, by mi przebaczył. (...) To były wyczyny barbarzyńskie z naszej strony. Mordowaliśmy ludzi bez powodu, (...) często tylko dlatego, że był z innego oddziału, miał innego orzełka. Wszyscy jednak byliśmy ludźmi, chcieliśmy żyć, budować".

Nad bohaterami tej książki unosi się przenikliwie smutna melodia, którą dentysta Izrael Reitzfeld grał na skrzypcach, siedząc na gruszy we wsi Kańczuga, tuż po wojnie. Jakby wcale nie zginął w pogromie w pierwszą Wielką Sobotę po okupacji, jakby wciąż grał. Ta melodia byłaby dla czytelnika trudna do wytrzymania, gdyby nie pojawiająca się od czasu do czasu w książce skrucha.

Tylko ostatni reportaż brzmi zupełnie inaczej. Historia syna, który z tęsknoty za wywiezionym przez Rosjan ojcem wyrusza na Wschód, by go odnaleźć, skrzy się humorem i radością. Bo - jak w bajce - po wielu perypetiach syn odnalazł ojca i przywiózł do Polski.

We wstępie książki autor stwierdził, że dramat tamtych lat jest całkowicie niezrozumiały dla człowieka z początku XXI w.; że w epoce SMS-ów trudno pojąć hierarchię wartości tamtych ludzi; trudno zrozumieć ich przekonanie, że za wolność Polski należy oddać życie. Być może. Ale niewątpliwie książka Lipińskiego tę hierarchię wartości nam przybliża.












© www.piotrlipinski.pl 2012